Stałem na izbie przyjęć w szpitalu w Warszawie, zerkałem na zegarek, odpisując na maile i w duchu narzekając, jak długo pielęgniarka opatruje moje drobne zadrapanie na ramieniu.
Wtedy to usłyszałem.
Malutki głosik, drżący, ale na tyle donośny, by przebić się przez szpitalny zgiełk.
— Proszę, niech pan uratuje moją mamę. Obiecuję, że oddam pieniądze, jak już będę duża.
Wszystkie rozmowy wokół zamilkły. Dziewczynka kurczowo trzymała się białego fartucha lekarza, jakby to on był jedyną deską ratunku w jej rozpadającym się świecie.
Miała pewnie z cztery latka. Brązowe włosy związane w nieporządny kucyk. Zielone oczy, czerwone od płaczu, że aż serce się ściskało. Jedną ręką trzymała się lekarza, drugą przyciskała do piersi wytartego, brązowego misia.
— Kochanie, robimy wszystko, co w naszej mocy — powiedział lekarz łagodnie. — Musisz teraz być dzielna dla mamy, dobrze?
Skinęła głową, ale palce nie puściły fartucha. Pielęgniarka zaprowadziła ją do plastikowego krzesełka pod ścianą. Lekarz zniknął za drzwiami na blok operacyjny.
Powtarzałem sobie, że to nie moja sprawa.
Znów spojrzałem na telefon. Mam firmę. Miałem spotkanie zarządu w centrum. Asystentka już raz je przesunęła. Stałem w garniturze od dobrego krawca z małym opatrunkiem na ręce, a nie jakiś tam gość, który spędza ranek na izbie przyjęć.
Ale wtedy znowu ją usłyszałem.
— Panu Misiu, mamusia będzie zdrowa, prawda? Ona tylko śpi. Zawsze się budzi…
Coś ścisnęło mnie w piersi.
Zanim się zorientowałem, schowałem telefon i podszedłem.
— Hej — powiedziałem cicho. — Twój miś ma fajne imię.
Spojrzała na mnie, jakbym zamierzał go zabrać.
— Pan Miś nie lubi obcych — oświadczyła stanowczo.
— Rozumiem — odparłem, siadając kilka miejsc dalej, żeby jej nie straszyć. — Jestem Jakub. A ty jak się nazywasz?
Zawahała się, jakby oceniała, czy to bezpieczne.
— Zosia — szepnęła w końcu. — Zosia Nowak.
Tego nazwiska nie słyszałem od pięciu lat.
Nowak.
Serce mi zamarło. Warszawa jest duża. Zbiegi okoliczności się zdarzają. Taka była moja mantra.
— Piękne imię — wykrztusiłem. — Gdzie jest twój tata, Zosiu?
Pytanie wyleciało, zanim zdążyłem je powstrzymać.
Dziewczynka nawet nie drgnęła.
— Nie mam taty — oznajmiła spokojnie, jakby mówiła, że nie ma roweru. — Jest tylko ja i mama.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, korytarz ożył. Pielęgniarki mijały nas w pośpiechu, pchając wózek w stronę sali operacyjnej. Drzwi otworzyły się na ułamek sekundy.
I ją zobaczyłem.
Rude włosy, krótsze niż pamiętałem, ale nie do pomylenia. Blady profil, który kiedyś wodziłem palcem. Kobieta na wózku była posiniaczona, nieruchoma, otoczona przewodami i maseczkami.
Kasia.
Zrobiło mi się lodowato.
Drzwi zamknęły się, a przez chwilę słyszałem tylko łomot własnego serca.
— Pan zna moją mamę? — Głos Zosi wyrwał mnie z odrętwienia.
Spojrzałem na nią. Naprawdę się przyjrzałem.
Te same głęboko zielone oczy, które widuję w lustrze. Te same brwi. Ten sam upór w małej brodzie, który znałem aż za dobrze.
— Ile masz lat? — spytałem, choć wiedziałem, że nie jestem gotów na odpowiedź.
— Cztery — pochwaliła się. — Miałam tort z posypką. Mama sama go upiekła.
Cztery.
Dokładnie tyle, ile minęło, odkąd Kasia Nowak zniknęła z mojego życia bez słowa.
— Samochód się zakręcił — Zosia zaczęła opowiadać, słowa wypadające razem z łzami. — Padało mocno. Mama była smutna. Pojechała szybko. Potem był hałas i drzewo, i… ona się nie obudziła.
Dotknęła opatrunku na swoim ramieniu.
— Pan z karetki powiedział, że jestem bardzo dzielna — dodała. — Ale nie mam pieniędzy, żeby mu zapłacić. Skarbonkę rozbiłam w zeszłym tygodniu, żeby kupić lody.
Coś we mnie pękło.
Wziąłem głęboki oddech.
— Zosiu — powiedziałem cicho — twoja mama jest silna. Lekarze tutaj są bardzo dobrzy. Pomogą jej. Nie musisz martwić się o pieniądze. To nie twoja sprawa.
— Ale mama mówi, że wszystko kosztuje — szepnęła. — Czasem płacze, jak myśli, że śpię. Jak choruję, to się martwi o lekarstwa.
Każde słowo było jak cios.
Kasia, którą znałem, miała marzenia większe niż jakakolwiek sala wykładowa. A jednak stała się kobietą, która nocami w małym mieszkaniu na Woli tłumi łzy, by córka ich nie słyszała.
Podeszła do nas pielęgniarka.
— Czy pan jest spokrewniony z dzieckiem? — spytała, przyglądając mi się uważnie.
Otworzyłem usta, ale nic nie wyszło.
Kim byłam? Byłym chłopakiem z innego życia? Obcym w drogim garniturze, który przypadkiem trafił na tę izbę przyjęć? Mężczyzną, który może mieć córkę, o której nigdy nie został poinformowany?
Zosia odpowiedziała za mnie.
— On zna moją mamę — powiedziała. — Kiedyś się przyjaźnili.
Pielęgniarka skinęła powoli.
— Jej matka jest na operacji. To poważne. Opiekun społeczny będzie z nią czekał na wieści. Jeśli pan nie jest rodziną, będzie musiał odejść, gdy przyjdą.
Rodzina.
Spojrzałem na Zosię, kurczowo trzymającą misia jak tarczę, nerwowo bujającą nogami na krawędzi krzesła.
Miała włosy Kasi.
Miała moje oczy.
A gdzieś za tymi drzwiami intensywnej terapii kobieta, której szukałem latami, walczyła o życie.
— Proszę pana — powtórzyła pielęgniarka — czy pan jest rodziną?
Czułem, jak całe moje dotychczasowe życie — grafiki, spotkania, bezpieczny dystans — wisi na włosku od odpowiedzi, która zaraz miała paść z moich ust.



