Dziesiątego maja. Dzisiejszy wieczór na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Zaczęło się jak każdy inny dzień w tej pracy. Byłam w sali od samego rana, gdy jeszcze nikt nie przychodził – wysoka, szczupła kobieta o smutnych, szarych oczach i ciemnych włosach ściągniętych w ciasny kok. Małgorzata Nowak. Mam trzydzieści dziewięć lat, ale wyglądam starzej, z dwoma ledwo widocznymi zmarszczkami wokół ust i zmęczonym spojrzeniem. Kelnerka najwyższej kategorii w restauracji „Złoty Orzeł” w mieście L. A także – poetka-amatorka, tłumaczka i samotna matka dwunastoletniej córki, którą wychowuję od czasu, gdy mój mąż zginął w wypadku.
Nie lubiłam dużych przyjęć, zwłaszcza urzędniczych. Ale jubileusz prezydenta miasta był wydarzeniem, na które przygotowywaliśmy się od tygodni. Sam prezydent, pan Henryk Kowalski, obchodził ćwierćwiecze urzędowania. Człowiek-pomnik, jak nazywała go lokalna prasa. Stateczny, ociężały, z brzuszkiem i siwizną przy skroniach, otaczających łysinę. Kochali go wyborcy za drogi, które remontował przed wyborami, i nienawidzili ci, którzy znali go bliżej: za chamstwo, za manię wielkości, za cynizm ukryty pod patosem patriotycznych przemów.
Dostałam stanowisko przy głównym stole. Był to i przywilej, i przekleństwo. Musiałam obsługiwać prezydenta i jego najbliższe otoczenie. Podciągnęłam śnieżnobiałą bluzkę, poprawiłam czarny żakiet, wzięłam głęboki oddech i weszłam w rolę – cichego, prawie niewidzialnego wykonawcy życzeń. „Bądź cieniem – mawiał mi niegdyś instruktor. – Idealny kelner to duch”.
Pierwsi goście przybyli z opóźnieniem, jak przystało na ważne persony. Henryk Kowalski wszedł z rozmachem, jak do własnego gabinetu: donośny głos, klepanie podwładnych po plecach, uściski z lokalnymi biznesmenami. Miał na sobie drogi garnitur koloru ciemnej nocy, ale krawat już nieco zjechał na bok. Jego żona, elegancka i zimna jak lodowa rzeźba, trzymała się nieco z daleka, uśmiechając się martwym, wyuczonym uśmiechem.
Zaczęło się od szampana. Podawałam go, napełniając kieliszki wprawnym, wyćwiczonym ruchem. Gdy pochyliłam się nad kieliszkiem prezydenta, spojrzał na mnie ponad szkłami okularów.
Ostrożnie, piękna, nie rozlej – powiedział, a w jego głosie pobrzmiewał już szyderczy ton. – To nie woda z kranu.
Cichy chichot przebiegł wokół stołu. Milczałam, tylko skinęłam głową. Pierwsza zadra.
Uroczystość nabierała tempa: toasty, wspomnienia, napuszone przemowy. Henryk Kowalski rozgrzał się, jego policzki poczerwieniały, głos stał się głośniejszy i grubszy. I wtedy chyba znalazł sobie wieczorną rozrywkę.
Wszystko zaczęło się od sałatki. Niosłam dużą porcję „Caesara” i niemal poślizgnęłam się na oliwce, która spadła z czyjegoś stołu. Półmisek drgnął, ale utrzymałam go, nie rozlewając ani kropli sosu.
O, patrzcie, nasza klacz się potknęła! – warknął prezydent, wskazując na mnie palcem z masywnym sygnetem. – Ruszaj kopytami ostrożniej, bo zrzucisz jeźdźca!
Głośny, nieprzyjemny śmiech. Poczułam, jak po plecach przebiegły mi ciarki. Postawiłam sałatkę, milcząco się uśmiechnęłam i odeszłam. „Cień – powtórzyłam w myślach. – Jesteś cieniem”.
Lecz Henryk Kowalski nie dawał za wygraną. Każde moje pojawienie się przy stole stawało się pretekstem do nowego upokorzenia.
Podawałam danie główne – pieczoną kaczkę.
Co my tu mamy? – zmrużył oczy, wtykając widelec w danie. – Padły kurczak? A może tak wygląda dziś nasza kelnerka?
Milczałam, zaciśnięte zęby. Wewnątrz wszystko ścisnęło się w ciasny, bolesny kłębek. Przypomniałam sobie córkę, jej szkolny koncert, na który jutro muszę kupić nową kokardę. Przypomniałam sobie ostatnie tłumaczenie – trudny tekst techniczny za skromną zapłatę. Potrzebowałam tej pracy. Potrzebowałam jej rozpaczliwie.
Gdy przyniosłam czyste kieliszki, moja ręka zadrżała z naprężenia i kryształ cicho zadźwięczał.
O! – wykrzyknął prezydent, podnosząc kieliszek. – Muzyka! Klacz gra na kryształowych dzwoneczkach. Ruszaj się szybciej, mamy święto!
Jego świta rżała jak na komendę. Niektórzy goście odwracali wzrok, zawstydzeni. Żona prezydenta studiowała wzór na obrusie. Złapałam wzrok młodego biznesmena – w jego oczach czytałam współczucie i bezsilność. Szybko spuścił oczy.
Kulminacja nastąpiła podczas deseru. Niosłam ogromny tort z gratulacyjnym napisem. Był ciężki i musiałam zwolnić kroku.
No co, klacz, zmęczyłaś się? – rozległ się nad moim uchem pijany, ochrypły głos. Sam prezydent odwrócił się do mnie, a jego oddech, zaprawiony koniakiem i sałatką, uderzył mnie w twarz. – Dawaj, dawaj, wieź nasz tort. Tylko uważaj, nie upuść, bo w stajni bez owsa zostaniesz.
W sali zapadła dzwoniąca cisza. Nawet jego pochlebcy zamilkli. Postawiłam tort na stole. Moje ręce drżały, ale twarz pozostawała kamienną maską. W tej chwili coś we mnie się przewróciło. Przepaliło. Ta cicha, cierpliwa, wiecznie ugodowa część mojej duszy – pękła. Pozostało coś zimnego i ostrego jak brzytwa.
Prezydent, zadowolony z siebie, podniósł się do kolejnego toastu. Był w formie, pełen samouwielbienia. Wziął mikrofon stojący na stole do życzeń.
Przyjaciele! Koledzy! – zaczął patetycznie. – Dwadzieścia pięć lat – to nie tylko kadencja. To epoka! Epoka budowania, walki i zwycięstw!…
Mówił jeszcze z dziesięć minut. Wyliczał swoje zasługi: nowe osiedla („które zbudowaliśmy, mimo knowań zazdrośników”), stadion, strefa przemysłowa. Mówił o miłości do miasta, o zwykłych ludziach, o tym, jak „zawsze słyszy każdego”. Stałam przy drzwiach służbowych i słuchałam. Każde jego słowo spadało na tę zimną, ostrą krawędź we mnie, jak kamień na ostrzałkę.
W końcu skończył. W sali zabrzmiały oklaski. Zrobił pauzę na owacje, pobłażliwieZapadła tak przejmująca cisza, że słychać było tylko ciche brzęczenie muchy odbijającej się od sufitu.



