Szklanka upadła: Historia kelnerki
Była w sali od samego rana, gdy jeszcze nikt nie przychodził – wysoka, szczupła kobieta o smutnych szarych oczach i mocno spiętych w kok ciemnych włosach. Małgorzata Nowak. Miała trzydzieści dziewięć lat, ale wyglądała starzej, z dwoma ledwie widocznymi zmarszczkami przy ustach i zmęczonym spojrzeniem. Kelnerka najwyższej kategorii w restauracji „Złoty Feniks” w mieście L. A także – poetka-amatorka, tłumaczka i matka dwunastoletniej córki, którą sama wychowywała od czasu, gdy mąż zginął w wypadku.
Nie lubiła dużych przyjęć, szczególnie tych urzędniczych. Ale jubileusz prezydenta miasta był wydarzeniem, do którego przygotowywano się tygodniami. Sam prezydent, Grzegorz Piotrowski, obchodził ćwierć wieku na stanowisku. Człowiek-pomnik, jak nazywała go lokalna prasa. Solidny, ociężały, z brzuszkiem i siwizną przy skroniach, otaczających łysinę. Kochali go wyborcy za drogi, które remontował przed wyborami, i nienawidzili ci, którzy znali go bliżej: za chamstwo, za manię wielkości, za cynizm ukryty pod patosem patriotycznych przemów.
Małgorzata dostała stanowisko przy głównym stole. Było to i przywilejem, i przekleństwem jednocześnie. Miała obsługiwać prezydenta i jego najbliższe otoczenie. Podciągnęła śnieżnobiałą bluzkę, poprawiła czarny kamizelkę, wzięła głęboki wdech i weszła w rolę – cichego, niemal niewidzialnego wykonawcy życzeń. „Bądź cieniem – mówił jej niegdyś instruktor. – Idealny kelner to duch”.
Pierwsi goście przybyli z opóźnieniem, jak przystało na ważne persony. Grzegorz Piotrowski wszedł z rozmachem, jak do swego gabinetu: donośny głos, klepanie podwładnych po plecach, uściski z lokalnymi biznesmenami. Miał na sobie drogi garniak koloru ciemnej nocy, ale krawat już nieco zjechał na bok. Jego żona, elegancka i zimna jak lodowa rzeźba, trzymała się nieco z dystansem, uśmiechając się martwym, wyuczonym uśmiechem.
Zaczęło się od szampana. Małgorzata podawała go, napełniając kieliszki wprawnym, wyćwiczonym ruchem. Gdy pochyliła się nad kieliszkiem prezydenta, ten spojrzał na nią ponad szkłami okularów.
Ostrożnie, piękna, nie rozlej – powiedział, a w jego głosie już słychać było drwiącą nutę. – To nie woda z kranu.
Cichy chichot przebiegł wzdłuż stołu. Małgorzata milczała, tylko skinęła głową. Pierwsza rysa.
Uroczystość nabierała tempa: toasty, wspominki, napuszone mowy. Grzegorz Piotrowski rozgrzał się, jego policzki zaróżowiły się, głos stał się głośniejszy i grubszy. I wtedy chyba znalazł sobie wieczorną rozrywkę.
Wszystko zaczęło się od sałatki. Małgorzata niosła dużą porcję „Caesara” i niemal pośliznęła się na oliwce, która spadła z czyjegoś stołu. Półmisek drgnął, ale utrzymała go, nie rozlewając ani kropli sosu.
O, patrzcie, nasza klacz się potknęła! – warknął prezydent, wskazując na nią palcem z masywnym sygnetem. – Ruszaj kopytami ostrożniej, a to jeźdźca upuścisz!
Głośny, nieprzyjemny śmiech. Małgorzata poczuła, jak po jej plecach przebiegły ciarki. Postawiła sałatkę, milcząc się uśmiechnęła i odeszła. „Cień – powtórzyła w myślach. – Jesteś cieniem”.
Ale Grzegorz Piotrowski nie dawał za wygraną. Każde jej pojawienie się przy stole stawało się pretekstem do nowego upokorzenia.
Podawała danie główne – pieczoną kaczkę.
Co my tu mamy? – zmrużył oczy, wtykając widelec w danie. – Padła kura? Czy może nasza kelnerka tak dziś wygląda?
Milczała, zaciśnięte zęby. Wewnątrz wszystko ściskało się w ciasny, bolesny kłębek. Przypomniała sobie córkę, jej szkolny koncert, na który jutro miała kupić nową kokardę. Przypomniała sobie ostatnie tłumaczenie – trudny tekst techniczny za skromne honorarium. Potrzebowała tej pracy. Desperacko jej potrzebowała.
Gdy przyniosła czyste kieliszki, jej ręka zadrżała z nerwów, a kryształy cicho zadzwoniły.
O! – wykrzyknął prezydent, podnosząc kieliszek. – Muzyka! Klacz gra na kryształowych dzwoneczkach. Ruszaj się żwawiej, mamy święto!
Jego świta rżała jak na komendę. Niektórzy goście odwracali wzrok, zawstydzeni. Żona prezydenta studiowała wzór na obrusie. Małgorzata złapała spojrzenie młodego biznesmena – w jego oczach widziała współczucie i bezsilność. Szybko spuścił wzrok.
Kulminacja nastąpiła podczas deseru. Małgorzata niosła ogromny tort z życzeniami. Był ciężki, musiała zwolnić kroku.
No co, klacz, zmęczyłaś się? – rozległ się nad jej uchem pijany, ochrypły głos. Sam prezydent odwrócił się do niej, a jego oddech, zaprawiony koniakiem i sałatką, uderzył ją w twarz. – Dawaj, dawaj, wieź nasz tort. Tylko patrz nie upuść, a to w stajni bez owsa zostaniesz.
W sali zapadła dzwoniąca cisza. Nawet jego pochlebcy zamilkli. Małgorzata postawiła tort na stole. Jej ręce drżały, ale twarz pozostawała kamienną maską. W tej chwili coś się w niej przewróciło. Przepaliło. Ta cicha, cierpliwa, wiecznie uginająca się część jej duszy – pękła. Pozostało coś zimnego i ostrego jak brzytwa.
Prezydent, zadowolony z siebie, podniósł się do kolejnego toastu. Był w formie, pełen samouwielbienia. Wziął mikrofon stojący na stole do życzeń.
Przyjaciele! Koledzy! – zaczął patetycznie. – Dwadzieścia pięć lat – to nie tylko kadencja. To era! Era tworzenia, walki i zwycięstw!…
Mówił jeszcze z dziesięć minut. Wyliczał swoje zasługi: nowe osiedla („które zbudowaliśmy, mimo knowań zawistników”), stadion, strefa przemysłowa. Mówił o miłości do miasta, o zwykłych ludziach, o tym, jak „zawsze każdego słyszy”. Małgorzata stała przy drzwiach służbowych i słuchała. Każde jego słowo spadało na tę zimną, ostrą krawędź w jej wnętrzu, jak kamień na ostrzałkę.
W końcu skończył. W sali zabrzmiały brawa.Zatrzymała się na chwilę, wdychając chłodne, jesienne powietrze, i poczuła, jak ciężar tamtych jedenastu lat wreszcie z jej ramion spada.



