Nie umie czytać ani pisać, nigdy nie chodziła do szkoły, a swój podpis stawia za pomocą krzyżyka.
Żyje za 600 złotych miesięcznie, które zarabia, zbierając puszki, kartony i plastikowe butelki.
Aby uzbierać tę sumę, musi zebrać około 600 kilogramów materiału każdego miesiąca.
Dwadzieścia kilogramów dziennie. Siedem dni w tygodniu.
To ciężka, męcząca, a czasem upokarzająca praca.
Ale to jedyne, co ma.
We wtorek, 14 marca 2024 roku, o szóstej rano, pani Jadwiga była na swoim zwykłym miejscu w dzielnicy Żoliborz, przeszukując kontenery na śmieci przed blokami.
Otworzyła dużą, ciężką torbę — zły znak dla zbieraczy, bo takie często kryją zgniłe resztki jedzenia.
Mimo to zajrzała do środka.
Znalazła tam granatowy szkolny plecak — stary, ale zamknięty na zamek.
Otworzyła go.
I zobaczyła pieniądze.
Mnóstwo pieniędzy.
Sto- i pięćdziesięciozłotówki spięte gumkami.
Nie umiała dobrze liczyć, ale rozumiała, że to majątek.
Rozejrzała się. Ulica była pusta.
Wrzuciła plecak do swojego wózka, przykryła kartunami i ruszyła do domu.
O ósmej rano poprosiła o pomoc sąsiadkę, panią Krystynę, która potrafiła czytać i liczyć.
„Krystyno, pomóż mi to policzyć.”
Gdy otworzyły plecak, Krystyna zbladła.
Liczyła ponad czterdzieści minut.
„Jadwigo… tu jest 180 tysięcy złotych.”
Pani Jadwiga mrugnęła, zdezorientowana.
„Ile to?”
„To równowartość trzystu twoich miesięcznych zarobków. Piętnaście lat pracy.”
W pokoju zapadła cisza.
Pani Jadwiga spojrzała na pieniądze, a potem na swoją drewnianą chatę: dziurawy dach, zepsuty piecyk, stara lodówka.
Za 180 tysięcy mogłaby wszystko naprawić.
Mogłaby nie pracować przez lata.
Mogłaby pojechać do Krakowa odwiedzić córkę.
Ale tylko pokręciła głową.
„Krystyno, to nie moje. Ktoś musi być zrozpaczony, że to stracił.”
O dziesiątej pani Jadwiga przyszła na 14. komisariat w Warszawie, niosąc plecak.
Policjant spojrzał na nią: zbieraczkę śmieci w znoszonych ubraniach, pachnącą odpadami, z starą torbą w rękach.
„Słucham, pani? W czym mogę pomóc?”
„Znalazłam to w śmietniku. W środku są pieniądze. Dużo pieniędzy. Chcę znaleźć właściciela.”
Funkcjonariusz otworzył plecak i zesztywniał.
„Pani chce to oddać?”
„Tak. To nie moje.”
Policja przeliczyła zawartość: 180 400 złotych.
Policjant wyjaśnił:
„Bez dokumentów, bez dowodu własności… zgodnie z prawem, po 90 dniach te pieniądze stałyby się pani własnością.”
Pani Jadwiga nie do końca zrozumiała, ale odpowiedziała:
„W takim razie będę przychodzić codziennie, aż znajdziemy prawowitego właściciela.”
I tak robiła.
Dzień 1: „Czy znalazł się właściciel?”
Dzień 2: „A dzisiaj?”
Dzień 3, 4, 5, 6… codziennie o dziesiątej stawiała się w komisariacie.
Funkcjonariusze byli coraz bardziej poruszeni.
„Ta kobieta zarabia 600 zł miesięcznie, a oddałaby 180 tysięcy.”
Siódmego dnia policja opublikowała historię w mediach społecznościowych:
„Znaleziono 180 tysięcy złotych w granatowym plecaku na Żoliborzu. Znalazczyni chce je zwrócić. Jeśli je zgubiłeś, zgłoś się z dowodami.”
Post stał się viralem:
240 tysięcy udostępnień, 3,2 miliona wyświetleń.
I dziewiątego dnia wydarzyło się coś, co na zawsze zmieniło życie pani Jadwigi.
Wczesnym rankiem do komisariatu wszedł mężczyzna około czterdziestki, zdyszany, z dokumentami, wyciągami bankowymi i nagraniami monitoringu z kamery w swoim budynku.
Został okradziony.
Złodzieje zabrali plecak, myśląc, że jest w nim laptop.
Gdy odkryli, że jest w nim tylko gotówka — część przeznaczona na operację matki, część na spłatę długów — wyrzucili go do śmietnika.
Policja wezwała panią Jadwigę.
Gdy mężczyzna zobaczył plecak, rozpłakał się.
„Uratowała pani życie mojej matki. Nie mam słów, by podziękować.”
Pani Jadwiga tylko się uśmiechnęła.
„IdźI w ten sposób kobieta, która niemal nic nie miała, stała się symbolem wszystkiego, co w życiu najważniejsze.



