Lód pękł z tak głośnym trzaskiem, że Hania nie od razu zrozumiała: to nie gałąź, to coś strasznego.
Stała na brzegu miejskiego stawu z siatką, w której były dwa bochenki chleba i paczka najtańszych herbatników. Mama obiecała upiec szarlotkę, jeśli Hania przyniesie wszystko przed zmrokiem. Grudniowe słońce już zachodziło, różowiąc śnieg, a dziewczynka się spieszyła, lecz ten dźwięk kazał jej zastygnąć w bezruchu.
A potem zobaczyła: na środku stawu, tam, gdzie lód był najcieńszy, miotał się człowiek. Czarny płaszcz, elegancki, jak w filmach o bogaczach, migał w przeręblu, ręce chwytały się krawędzi, które natychmiast się łamały.
— Pomocy! — krzyknął mężczyzna, ale jego głos był dziwnie cichy, jakby już zmęczył się wołaniem.
Hania rozejrzała się: na alejce stali ludzie. Kobieta w norekowej szubie patrzyła, przyciskając dłoń do piersi, ale nie ruszała się. Mężczyzna w dresie wyjął telefon — może filmował, może dzwonił, niejasne. Para studentów spojrzała na siebie i poszła w przeciwną stronę, szybko, niemal biegnąc.
— Niech ktoś wezwie pomoc! — krzyknęła kobieta w szubie, ale sama stała dalej.
Hania patrzyła na tonącego i myślała o tym, że mama mówiła jej, by nigdy nie wychodzić na lód. Mama mówiła wiele: że nie wolno rozmawiać z obcymi, że nie można brać cukierków od nieznajomych, że trzeba być ostrożną, bo ona, Hania, to jedyne, co jej zostało. Ale mama mówiła też, że ludzie powinni sobie pomagać, bo inaczej świat stanie się zimnym miejscem, gdzie każdy dba tylko o siebie.
Hania spojrzała na swoją siatkę z chlebem, potem na przerębel, potem na ludzi, którzy wciąż stali i patrzyli. Mężczyzna w wodzie już prawie nie krzyczał, tylko trzymał się krawędzi lodu i patrzył na brzeg oczami, w których Hania nawet z tej odległości widziała strach.
Nie pamiętała, jak znalazła się na lodzie. Po prostu nagle uświadomiła sobie, że biegnie, że jej śniegowce ślizgają się po powierzchni, a serce wali tak głośno, że zagłusza wszystko inne.
— Dziewczynko, gdzie ty? — krzyknął ktoś z brzegu, ale Hania już nie słuchała.
Wiedziała, że nie wolno podchodzić blisko do przerębla — w szkole pokazywali obrazki, tłumaczyli. Położyła się więc na lodzie, jakieś trzy metry od dziury, i zaczęła pełznąć. Szalik rozwinął się i wlókł obok jak ruda wężyca.
— Odejdź! — zacharczał mężczyzna, gdy ją zobaczył. Zęby mu dzwoniły, usta były sine, ale oczy miał złe. — Wynoś się stąd, dziecko, też wpadniesz!
Hania nie odpowiedziała. Patrzyła na niego, potem na lód wokół przerębla, potem na swój szalik. Szalik był długi, babcia go zrobiła na drutach, zanim odeszła, a mama mówiła, że to pamiątka i że trzeba go chronić. Ale babcia mawiała też, że rzeczy to tylko rzeczy, a ludzie są ważniejsi.
Hania zdjęła szalik i rzuciła jeden koniec w stronę mężczyzny. Szalik wpadł do wody obok jego dłoni.
— Niech pan złapie! — powiedziała głosem, którego sama nie poznawała.
— Nie dam rady cię wyciągnąć — odpowiedział, ale jednak chwycił szalik.
— Pan musi sam. Będę trzymać, a pan niech się podciąga. Tylko nie szarpie, bo pojadę w pana stronę.
Nie wiedziała, skąd wzięły się te słowa. Może z jakiegoś filmu, może z książki, którą czytała mama. Mężczyzna patrzył na nią przez chwilę, dwie, w końcu skinął głową. Zaczął się podciągać i Hania poczuła, jak szalik napina się, jak ciągnie ją do przodu. Oparła się śniegowcami o lód, ale śniegowce ślizgały się. Wtedy przewróciła się na plecy, owinęła szalik wokół nadgarstka i oparła piętami. Tak było lepiej, prawie się nie poruszała.
Mężczyzna powoli, bardzo powoli wydostawał się z wody. Lód pod nim trzeszczał i za każdym razem Hania myślała, że znów się załamie, ale tak się nie stało. Pełzał w jej stronę, zostawiając za sobą mokry ślad, a jego drogi płaszcz wyglądał teraz jak szmata. Gdy był już blisko, Hania zobaczyła, że wcale nie jest stary, może jak ten aktor z serialu, który lubi mama. Twarz miał przystojną, ale teraz szarą i przerażoną.
— Pełzniemy do brzegu — powiedziała. — Powoli. Nie wstawać.
Pełzli całą wieczność. Hania słyszała, jak na brzegu ktoś krzyczy, jak wyje syrena — ktoś jednak wezwał pogotowie. Myślała o tym, że mama będzie się złościć, że szalik jest teraz mokry i brudny, że chleb pewnie się pogniótł w siatce, którą rzuciła na brzeg.
Gdy wreszcie dotarli na twardy grunt, Hania usiadła w śniegu i zapłakała. Nie ze strachu — strach poczuje później, w nocy, gdy będzie leżeć w łóżku i przypominać sobie trzask lodu. Teraz płakała tylko dlatego, że wszystko się skończyło, i dlatego, że była zmarznięta, i dlatego, że mężczyzna obok też płakał, choć dorośli mężczyźni podobno nie powinni.
Wokół już krzątały się ludzi, pojawili się nagle, jak karaluchy po zapaleniu światła. Kobieta w szubie podawała Hani swój szal, jakiś facet gadał przez telefon, lekarze z karetki biegli z noszami.
— Jak masz na imię? — spytał przemoczony mężczyzna, a zęby stukały mu tak, że słowa wychodziły poszarpane.
— Hania. Hania Nowak.
— Jestem Tomasz. Dziękuję ci, Haniu Nowak.
Lekarze ciągnęli go już do wozu, otulali kocem, ale on wciąż na nią spoglądał. Hania patrzyła, jak karetka odjeżdża, potem podniosła swoją siatkę — chleb rzeczywiście się pogniótł, ale nie bardzo — i poszła do domu.
Mama powitała ją krzykiem. Nie złym, lecz przestraszonym: któryś z sąsiadów zdążył już zadzwonić i opowiedzieć, że widział Hanię na lodzie. Weronika Nowak, lat 29, piękna nawet teraz, gdy jej twarz była biała z przerażenia, chwyciła córkę za ramiona i potrząsała nią, pytając, co się stało i po co to zrobiła.
Hania opowiedziała wszystko jak było: o trzasku, o mężczyźnie, o szaliku. Mama słuchała, a jej twarz się zmieniaMama słuchała, a jej twarz się zmieniała: najpierw strach, potem zdumienie, potem jakaś dziwna duma, a na koniec znów strach.



