Rozdział 1: Tonący statek
Grzejnik w Barze Pod Kogutem terkotał jak umierający silnik, wydmuchując letnie powietrze, które nie dawało rady mroźnej, polskiej zimie czekającej za drzwiami. Stałam za barem, z rękami czerwonymi i spękanymi od wody z wybielaczem, wpatrując się w stos czerwonych kopert leżących obok kasy.
Ostateczne wezwanie. Zaległe. Pilne.
“Przestań się na nie gapić, Kasia. Same się nie zapłacą.”
Drgnęłam, odwracając się w stronę Grażyny, która właśnie przepychała się przez wahadłowe drzwi do kuchni. Nie miała fartucha. Nigdy go nie nosiła. Zamiast tego miała na sobie obcisłą sukienkę w leopardzie i sztuczne futro, które wyglądało absurdalnie o drugiej po południu we wtorek. Zapach jej perfum – ciężkich i kwiatowych – przygniatał aromat smażonego boczku.
“Tylko sortowałam pocztę”, powiedziałam cicho, odgarniając z twarzy niesforny kosmyk włosów. “Dostawca dzwonił znowu. Żadnych więcej dostaw, dopóki nie spłacimy zaległości za jajka i nabiał.”
Grażyna przewróciła oczami, poprawiając makijaż w odbiciu na maszynce do serwetek. “To nieważne, Kasia. Nic nie będzie miało znaczenia po jutrze.”
W brzuchu ścisnął mi się zimny węzeł. “Co się stanie jutro?”
“Deweloper”, rzuciła, nakładając kolejną warstwę szminki. “Firma pana Kowalskiego. Wysyłają swojego przedstawiciela. Sprzedaję lokal.”
“Nie możesz”, szepnęłam, słowa drapiąc gardło. “Tata kazał ci obiecać. Na łożu śmierci, Grażyna. Przyrzekłaś, że utrzymasz bar dla mnie, aż skończę dwadzieścia jeden lat.”
Grażyna zatrzasnęła kompakt. Kilku klientów w barze – głównie stali bywalcy jak pan Nowak w kącie – oderwało wzrok od kawy.
“Twój ojciec żył w świecie fantazji”, syknęła Grażyna, pochylając się nad barem, tak że tylko ja mogłam wyczuć odór taniego wina w jej oddechu. “Zostawił mi górę rachunków za leczenie i bar, który ledwo się utrzymuje. Jestem prawnym opiekunem. Jestem wykonawcą testamentu. I mam dość szorowania tłuszczu spod paznokci.”
Opuknęła paznokciem blat. “Podpisujemy papiery jutro. Bierzemy kasę. Ja jadę do Hiszpanii. Ty? Ty sobie poradzisz. Jesteś młoda.”
Złapałam krawędź baru, żeby powstrzymać drżenie rąk. Ten bar był wszystkim. To była ławka, przy której odrabiałam lekcje, gdy tata gotował. To był jukebox, przy którym tańczyliśmy do disco, gdy lokal był pusty. To było jedyne miejsce, gdzie wciąż czułam, że on żyje.
“Nie podpiszę”, powiedziałam, głos drżący, ale stanowczy. “Moje nazwisko też jest w akcie własności. Tata wpisał mnie do funduszu. Potrzebujesz mojego podpisu.”
Oczy Grażyny zwęziły się. “Nie sprawdzaj mnie, dziewczynko. Myślisz, że masz władzę? Nie masz nic. Jesteś dziewiętnastoletnią kelnerką z trzema złotymi na koncie.”
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, dzwonek nad drzwiami zadźwięczał gwałtownie. Podmuch wiatru, niosący płatki śniegu i zapach spalin, wdarł się do środka.
Wszyscy się odwrócili.
W drzwiach stała postać wyglądająca jak żywa tragedia. Był to starszy mężczyzna, zgarbiony, trzęsący się tak mocno, że kości zdawały się dzwonić w nim jak kościotrupy. Miał na sobie płaszcz zespojony szarą taśmą klejącą i buty rozchodzące się na palcach, odsłaniające mokre, wełniane skarpety. Broda była zlepiona lodem, a twarz szara z wyczerpania.
W barze zapadła ciężka cisza.
“Świetnie”, jęknęła głośno Grażyna, rzucając ręce w górę. “Właśnie tego brakowało, żeby zrobić wrażenie na kupcach. Żebrak. Wyrzuć go, Kasia.”
Spojrzałam na mężczyznę. Nie był agresywny. Był przerażony. Patrzył na ciepłe ławki z tęsknotą, która łamała mi serce.
“On zamarza, Grażyna”, powiedziałam.
“Mam to gdzieś, nawet jeśli jest lodową rzeźbą”, warknęła. “To nie schronisko. Tylko płacący klienci. Wyrzuć go.”
Spojrzałam na niego jeszcze raz. Zrobił niepewny krok do przodu, a nogi się pod nim ugięły. Złapał się futryny, jego oddech stał się świszczący.
Podjęłam decyzję.
“Nie”, powiedziałam.
Grażyna zastygła. “Słucham?”
“Powiedziałam nie.” Wyszłam zza lady, ignorując jej szok. Podeszłam prosto do starszego mężczyzny. “Proszę pana? Niech pan wejdzie.”
Rozdział 2: Cena życzliwości
Starszy mężczyzna spojrzał na mnie wilgotnymi, niebieskimi oczami, które wydawały się zbyt jasne jak na kogoś tak złamanego.
“Nie… Nie mam pieniędzy, panienko”, wyszeptał. Jego głos był zaskakująco kulturalny, choć słaby. “Potrzebuję tylko… chwili przed wiatrem.”
“Dostanie pan więcej”, powiedziałam łagodnie, biorąc jego zmarznięte ramię. Przez warstwy łachmanów czułam, jak jest chudy. “Niech pan siada w tylnej ławce. Jest najbliżej grzejnika.”
Poprowadziłam go między stolikami. Pan Nowak skinął mnie współczująco, ale większość gości odwróciła wzrok, niezręcznie zderzając się z widokiem biedy w południe.
“Kasia!” Głos Grażyny stał się teraz piskliwy. Podeszła, jej obcasy stukając agresywnie po kaflach. “Ogłuchłaś? Powiedziałam, żebyś wyrzuciła to śmiecie z mojego lokalu!”
“To moja zmiana, Grażyna”, powiedziałam, głosem twardszym, niż sądziłam, że potrafię. “Obsługuję klienta.”
“On nie jest klientem! To menel!” Zwróciła się do starszego mężczyzny, wykrzywiając usta w grymasie. “Hej! Ty! Wynoś się, zanim wezwę policję. Deathasz ściekami.”
Starszy mężczyzna nie drgnął na jej obelgi. Tylko patrzył na nią, badając jej twarz dziwną intensywnością. “Jestem tylko głodny, proszę pani. Czy miska zupy to za dużo do proszenia?”
“Tak, za dużo!” wrzasnęła Grażyna.
“Ja zapłacę”, wtrąciłam. Zwróciłam się do mężczyzny. “Niech pan jej nie słucha. Zaraz wrócę.”
Starszy mężczyzna uśmiechnął się ciepło, wyciągając z kieszeni starą, połyskującą monetę, i położył ją na stole, mówiąc: “Dziękuję, Kasia – twój ojciec byłby z ciebie dumny”.



