Mała dziewczynka i twardziel w milczącej knajpie – gdy szepnęła mu do ucha, wszyscy zamarli3 min czytania.

Dzielić

Rozdział 1: Cisza wilka

Przyzwyczajasz się do ciszy.

To pierwsza rzecz, o której ci nie mówią, kiedy wchodzisz do klubu. Gadają o bractwie, otwartej drodze, szacunku i niebezpieczeństwie. Ale nikt nie mówi o ciszy. To szczególny rodzaj cichości – takiej, która wysysa powietrze z pomieszczenia w momencie, gdy twoje buty przestępują próg.

Siedziałem w ustronnej kabince w barze mlecznym “U Stasia”, przy zakurzonej drodze wojewódzkiej gdzieś na Mazurach. To było jedno z tych miejsc, które pachną starym olejem, schabowym i płynem do podłóg “Błysk”. Relikt Polski, która powoli odchodziła w zapomnienie – wypłowiałe szyldy i migająca neonówka włącznie.

Zajmowałem sporo miejsca. Mam metr dziewięćdziesiąt pięć, sto czterdzieści kilo brodatego kłopotu, w kurtce, która krzyczy “trzymaj się z dala” do dziewięćdziesięciu dziewięciu procent ludzi. Naszywki zdobyte krwią i kilometrami, skóra miękka od wiatru i deszczu.

Kiedy wszedłem, rozmowy nie tylko ucichły – umarły.

Para w rogu przestała trzymać się za ręce, wzrok wbity w talerze.

Kierowca TIR-a przy barze przestał żuć jajecznicę, dłoń instynktownie sięgając do kieszeni.

Kelnerka, miła starsza pani Grażyna, która widziała już wszystko, tylko skinęła głową. Wiedziała, że zostawiam napiwek. Wiedziała, że nie przyszedłem palić knajpy. Przyszedłem po schabowego i odrobinę spokoju drogi.

Ale dla reszty? Byłem statystyką. Byłem zagrożeniem. Chodzącym artykułem kodeksu karnego.

Wpatrywałem się w czarną kawę, obserwując unoszącą się parę, starając się ignorować wzrok wiercący mi dziurę w czaszce. To samotne życie, czasami. Budujesz wokół siebie mur ze skóry i hałasu, by odgrodzić się od świata, ale w cichych momentach zastanawiasz się, czy przypadkiem nie zamurowałeś się od środka.

Wtedy zadzwonił dzwonek nad drzwiami.

Atmosfera nie tylko się zmieniła – rozpadła.

To nie był glina. To nie była wroga ekipa szukająca kłopotów.

To była mała dziewczynka.

Miała może sześć lat. Miała na sobie różową sukienkę, która widziała lepsze czasy – poplamioną błotem i czymś, co wyglądało na sok porzeczkowy. Albo krew. Jej trampki były zdarte do podeszw, sznurówki zawiązane w trzy supełki.

Włosy w potarganych blond loczkach, które wyglądały, jakby od tygodnia nie widziały grzebienia.

W barze zrobiło się tak cicho, że nawet brzęk lodówki ucichł.

Stała w drzwiach, rozglądając się po lokalu. Miała wielkie, niebieskie oczy pełne strachu. Wyglądała jak sarenka w świetle reflektorów TIR-a, drżąca z energią, która wydawała się za duża jak na jej małe ciałko.

Spojrzała na kierowcę. Spojrzała na parę.

Wtedy nasze spojrzenia się spotkały.

Krew we mnie zamarzła.

Zwykle dzieci chowają się za nogi mamy, kiedy mnie widzą. Płaczą. Pokazują palcem. Pytają rodziców, dlaczego ten pan wygląda jak niedźwiedź.

Ta dziewczynka się nie schowała.

WziąWzięła głęboki oddech, sięgnęła do kieszonki sukienki i wysunęła ku mnie małą, zabrudzoną dłoń, w której trzymała pięć złotych i pięćdziesiąt jeden groszy.

Leave a Comment