Skoczyliśmy na stację benzynową godzinę za miastem — dziurawą, zaniedbaną. Kaja prowadziła. Szybko. Jakby robiła to całe życie. Siedziałem na fotelu pasażera, oszołomiony, wciąż próbując ogarnąć to, co przed chwilą zobaczyłem.
Rzuciła mi butelkę wody z tylnego siedzenia. „Wyglądasz, jakbyś miał zemdleć.”
„Udawałaś cały ten czas?” wyrwało mi się w końcu.
Parsknęła. „Nie. Zmuszono mnie, żebym udawała.”
Uniosłem brew.
„Miałam mononukleozę, jak miałam piętnaście. Leżałam plackiem kilka miesięcy — słaba, zmęczona, wymiotowałam. Wpadli w panikę. Obwozili mnie po każdym lekarzu, na którego ich było stać. Jeden z nich rzucił coś o degeneracyjnej chorobie mięśni. Tata — Marek — chwycił się tego jak zbawienia.”
„Ale dlaczego to ciągnęłaś, gdy wyzdrowiałaś?”
Zaparkowała za budynkiem, z dala od kamer. Jej twarz stwardniała.
„Bo kiedy znów zaczęłam chodzić, nie chcieli w to uwierzyć. Mówili, że jestem »w zaprzeczeniu«. Że tylko szukam uwagi.”
Jej palce zacisnęły się na kierownicy.
„Uwielbiali mieć chore dziecko. Współczucie. Darowizny. Ich znajomi nazywali ich »inspirującymi«.”
Wpatrywałem się w nią. „Więc kazali ci zostawać na wózku?”
Kaja spojrzała na mnie z furią, jakiej nie widziałem u żadnego nastolatka. „Potrzebowali, żebym była połamana. Wiesz, ile musiałam ćwiczyć seplenienia, żeby utrzymać pozory? Dwa lata nie używałam swojego prawdziwego głosu.”
Oparłem się, kompletnie wbity w fotel.
„Próbowałam. Błagałam, żeby pozwolili mi wrócić do szkoły. Żebym mogła przejść się przed lekarzem. Ale grozili. Mówili, że zamkną mnie w zakładzie za »regresję psychiczną«. Opowiadali ludziom, że »mam halucynacje«. W końcu… przestałam walczyć.”
„A teraz?”
Spojrzała na mnie, w jej oczach błysnęło coś ostrego. „Teraz ich nie ma. Mam siedem dni. Mam plan.”
Następne godziny były jak sen. Kaja przebrała się w ciuchy, których nie znałem — podarte dżinsy, wojskowe buty, czarną bluzę z kapturem. Miała gotówkę schowaną w pudełku po płatkach w szafce. Wszystko zaplanowała. Miejsca, które chciała zobaczyć. Ludzie, z którymi musiała się spotkać. Nie uciekała.
Odbierała życie, które ktoś zatrzymał.
Późnym wieczorem wjechaliśmy w cichą uliczkę. Kaja wpatrywała się w jeden z domów, ręce jej drżały.
„Mama tu mieszka. Prawdziwa mama,” dodała. „Ta, z którą Marek mi nie pozwala rozmawiać.”
„Wie, że przyjeżdżasz?”
„Nie wie nawet, że mogę przyjechać.”
Siedziałem obok niej w ciszy.
W końcu powiedziała: „Nie proszę, żebyś był moim przyjacielem. Ale potrzebuję kogoś, kto mnie zobaczy — bo oni przez lata starali się mnie wymazać.”
I nagle, w tej chwili, zrozumiałem ją lepiej niż kiedykolwiek Marka.
Kobieta, która otworzyła drzwi, wyglądała, jakby nie spała od lat. Po trzydziestce, zapadnięte oczy, tatuaże ledwo przykryte znoszonym bluzem. ZamrugKiedy zobaczyła Kaję, w jej oczach pojawiło się coś, czego nie widziała od lat – nadzieja.



