Mały chłopiec na peronie: Przeszłość powraca po latach5 min czytania.

Dzielić

„Stój, co to było?“

Zamarłam w połowie drogi na dworzec, gdy usłyszałam ledwo słyszalny dźwięk przerywający ciszę. Mroźny, lutowy wiatr szarpał poły mojego płaszcza, uderzał w twarz, a w jego szumie dosłyszałam ciche, ale uporczywe kwilenie, niemal zagłuszone przez wycie zamieci.

Dźwięk dochodził z torów. Odwróciłam się w stronę starej, opuszczonej budki dróżnika, ledwo widocznej pod śniegiem. Obok szyn leżał ciemny zawiniak.

Ostrożnie podeszłam bliżej. W zniszczonym, brudnym kocyku była zawinięta maleńka postać. Na zewnątrz wystawała malutka rączka, zaczerwieniona od zimna.

„Boże…” wyrwało mi się, serce waliło jak oszalałe.

Uklękłam i podniosłam ją. Niemowlę. Dziewczynka. Nie miała nawet roku, może mniej. Usta sine. Płacz tak słaby, jakby nie miała już siły nawet się bać.

Przytuliłam ją do piersi, rozpięłam płaszcz, żeby ją ogrzać, i pobiegłam ile sił do naszej jedynej felczerki, Haliny Piotrownej.

„Agnieszka, co się stało?“ Halina Piotrowna zobaczyła zawiniak w moich rękach i aż się zachwiała.

„Znalazłam ją przy torach. Jest prawie zamarznięta.“

Felczerka delikatnie wzięła dziecko i zbadała. „Hipotermia, ale żyje. Chwała Bogu.“

„Trzeba wezwać policję,“ dodała, sięgając po telefon.

Zatrzymałam ją. „Zabiorą ją do domu dziecka. Nie przeżyje tej drogi.“

Halina Piotrowska zawahała się, potem otworzyła szafkę. „Mam tu jeszcze mieszankę z ostatniej wizyty wnuczki. Starczy na jakiś czas. Ale Agnieszka… co ty zamierzasz?“

Spojrzałam na malutką buzię wtuloną w mój sweter, jej ciepły oddech na mojej skórze. Przestała płakać.

„Wychowam ją,“ powiedziałam cicho. „Nie ma innego wyjścia.“

Plotki zaczęły się niemal od razu.

„Ma trzydzieści pięć lat, nie zamężna, żyje sama, a teraz zbiera porzucone dzieci?“

Niech gadają. Nigdy nie przejmowałam się ludzkimi językami. Dzięki znajomościom w urzędzie załatwiłam dokumenty. Krewnych nie znaleziono. Nikt nie szukał zaginionego dziecka.

Nazwałam ją Kasią.

Pierwszy rok był najtrudniejszy. Noce bez snu. Gorączki. Ząbkowanie. Kołysałam ją, uspokajałam, śpiewałam kołysanki, które ledwo pamiętałam z dzieciństwa.

„Mama!“ powiedziała pewnego ranka, w dziesiątym miesiącu, wyciągając do mnie rączki.

Łzy popłynęły mi po policzkach. Po tylu latach samotności byłam dla kogoś matką.

W dwa lata stała się huraganem. Goniła kota. Ciągnęła firanki. Zadawała milion pytań. W trzy lata znała wszystkie litery. W cztery opowiadała całe historie.

„To cudowne dziecko,“ kręciła głową sąsiadka Maria Janowa. „Nie wiem, jak to robisz.“

„To nie ja,“ uśmiechałam się. „Niech świeci, jak potrafi.“

W pięć lat zorganizowałam dojazdy, żeby wozić ją do przedszkola w sąsiedniej wsi. Wychowawczynie nie wierzyły własnym oczom.

„Czyta lepiej niż siedmiolatki,“ mówiły.

Gdy poszła do szkoły, zdobiły ją długie, kasztanowe warkocze z wstążkami. Zaplatałam je jej każdego ranka. Na żadnym zebraniu mnie nie brakowało. Nauczyciele prześcigali się w pochwałach.

„Agnieszko,“ powiedziała kiedyś wychowawczyni, „Kasia to uczennica, o jakiej marzymy. Czeka ją wielka przyszłość.“

Serce wypełniała duma. Moja córka.

Wyrosła na piękną, pełną gracji dziewczynę. Smukła, pewna siebie, z promiennymi niebieskimi oczami pełnymi determinacji. Wygrywała olimpiady z polskiego, matematyki, nawet regionalne konkursy naukowe. Cała wieś znała jej imię.

Pewnego wieczoru, w liceum, powiedziała: „Mamo, chcę zostać lekarzem.“

Mrugnęłam. „To cudownie, kochanie. Ale jak opłacimy studia? Życie w mieście? Wynajem? Jedzenie?“

„Dostanę stypendium,“ oczy jej błyszczały. „Znajdę sposób. Obiecuję.“

I znalazła.

Gdy przyszło pismo o przyjęciu na medycynę, płakałam dwa dni. Łzy radości i strachu. Po raz pierwszy odjeżdżała ode mnie.

„Nie płacz, mamo,“ na dworcu ścisnęła moją dłoń. „Będę przyjeżdżać co weekend.“

Oczywiście, tak się nie stało. Miasto ją wchłonęło. Wykłady, praktyki, egzaminy. Na początku przyjeżdżała raz w miesiącu. Potem rzadziej. Ale dzwoniła każdego wieczoru, bez wyjątku.

„Mamo! Zdałam anatomię na piątkę!“

„Mamo! Dzisiaj pomagałam przy porodzie na praktykach!“

Za każdym razem uśmiechałam się, słuchając jej opowieści.

Na trzecim roku w jej głosie pojawiło się napięcie.

„Poznałam kogoś,“ powiedziała nieśmiało.

Nazywał się Jakub. Kolega ze studiów. Przyjechał z nią na święta — wysoki, uprzejmy, z dobrymi oczami i spokojnym głosem. Podziękował za jedzenie i sam sprzątnął ze stołu.

„Dobry chłopak,“ szepnęłam Kasi w kuchni.

„Naprawdę?“ promieniała. „I nie martw się — nauka idzie świetnie.“

Po studiach zaczęła specjalizację. Pediatria, oczywiście.

„Uratowałaś mnie kiedyś,“ powiedziała. „Teraz ja chcę ratować inne dzieci.“

Przyjeżdżała rzadziej. Rozumiałam. Miała swoje życie. Ale każdą fotografię, każdą historię o pacjentach chowałam jak skarb.

Aż pewnego czwartku zadzwoniła.

„Mamo, mogę jutro przyjechać?“ jej głos był cichy. Spięty. „Muszę z tobą porozmawiać.“

Serce mi podskoczyło. „Oczywiście, kochanie. Wszystko w porządku?“

Następnego dnia przyjechała sama. Bez uśmiechu, bez blasku w oczach.

„Co się stało?“ przytuliłam ją.

Usiadła, splecionymi rękami. „Przyszli do mnie do szpitala. Para. Mówili, że mnie szukają.“

Zmarszczyłam brwi. „Jak to?“

„Powiedzieli, że są moim wujkiem i ciocią. Że ich siostrzenica zaginęła 25 lat temu.“

Zawirowało mi w głowie. „I?“

„Mieli zdjęcia. Wyniki DNA.“

Leave a Comment