Ewa zmywała podłogi, aby przeżyć. On posiadał połowę miasta i bez mrużenia oka pozbywał się swoich wrogów. Ona uciekała przed potworem, który przysiągł ją zabić. On już stracił wszystko, co kochał, i liczył dni, aż śmierć po niego także się zgłosi. Ale gdy zdesperowana matka, ukrywająca swoją chorą córeczkę, wpadła do rezydencji najniebezpieczniejszego człowieka w Warszawie, żadne z nich nie spodziewało się, co wydarzy się dalej.
Nazywali go Cieniem, ponieważ ci, którzy stanęli mu na drodze, po prostu znikali. Jednak ten zimny zabójca, który nigdy nie okazywał litości, nie mógł oderwać wzroku od ośmiomiesięcznej dziewczynki, której oczy przypominały mu syna, którego pochował. Co się stanie, gdy człowiek, którego wszyscy się boją, stanie się jedynym, któremu ona może zaufać? Co się stanie, gdy kamienne serce zacznie pękać?
Czerwcowa noc w Warszawie była tak mroźna, że oddech zdawał się zamarzać w chwili, gdy opuszczał usta. Zofia Nowak klęczała, szorując podłogę w łazience na dwunastym piętrze wieżowca przy Alejach Jerozolimskich, gdy telefon wibrował w jej kieszeni.
Spojrzała na zegar na ścianie: piąta nad ranem. Nikt nie dzwonił o tej porze, chyba że coś było bardzo nie tak. Jej serce ścisnęło się w supeł paniki, gdy zobaczyła numer żłobka świecący na wyświetlaczu. Szybko zdarła gumowe rękawice, jej dłonie trzęsły się tak bardzo, że ledwo udało jej się odebrać.
Głos nauczycielki po drugiej stronie był monotonny i daleki, jakby odczytywała oficjalny komunikat. Hania od północy miała wysoką gorączkę. Niemowlę nie przestawało kaszleć. Zasady żłobka były jasne: nie mogły przyjmować dziecka z oznakami choroby. Zofia musiała po nie przyjechać. Natychmiast.
Zanim Zofia zdołała wyjąkać słowo, prośbę, błaganie, połączenie się zakończyło. Zerwała się na równe nogi, świat wirując wokół niej. Hania. Jej malutka, ośmiomiesięczna córeczka, jedyna osoba, jaka jej została na tym świecie.
Zofia wybiegła z budynku bez słowa do nikogo, rzucając się w zimną, lodowatą ciemność. Mżył drobny, uporczywy deszcz, krople smagały jej twarz jak maleńkie igiełki. Biegła przez trzy bloki, bo nie miała pieniędzy na taksówkę ani Ubera. Gdy wreszcie dotarła do żłobka, jej usta były sine, a nogi zdrętwiałe.
Hania była na rękach nauczycielki, jej buzia zaczerwieniona od gorączki. Jej ciche płacze brzmiały jak miauczenie porzuconego kociątka. Zofia wzięła córkę w ramiona, czując gorąco bijące od małego ciała przez cienkie warstwy ubrań. Jej dziecko płonęło.
Zaniosła Hanię z powrotem do wynajętego, nędznego pokoju w kamienicy na Pradze. Pomieszczenie miało ledwie dziesięć metrów kwadratowych, ściany upstrzone plamami pleśni i wilgoci, okno załatane taśmą, bo szyba powypadała dawno temu. Kaloryfer był zepsuty od dwóch tygodni. Właściciel obiecywał naprawić, ale nigdy się nie zjawił.
Zofia położyła Hanię na łóżku, otuliła ją wszystkimi kocami, jakie posiadała, i otworzyła apteczkę. Pusta. Ostatnią dawkę leku przeciwgorączkowego zużyła tydzień wcześniej i nie miała pieniędzy, by kupić więcej. Gorące łzy spływały jej po policzkach, gdy patrzyła, jak jej córka wije się w gorączkowym bólu.
Telefon zawibrował ponownie. Tym razem była to firma sprzątająca. Zofia odebrała, a głos jej kierownika zabrzmiał szorstko i zirytowany. Gdzie ona jest? Dlaczego porzuciła swoją zmianę? Zofia próbowała wyjaśnić o Hani, o gorączce, o potrzebie wzięcia wolnego.
Kierownik ją przerwał. Było specjalne zlecenie na dziś, klient VIP, rezydencja na Mokotowie. Jeśli się nie pojawi, jest zwolniona. Bez wyjątków.
Zofia chciała krzyczeć. Chciała rzucić telefonem o ścianę, ale nie mogła. Gdyby straciła pracę, nie miałaby pieniędzy na czynsz, na mleko dla Hani, na lekarstwa. Ona i jej córka wylądowałyby na ulicy, w tym brutalnym zimie. A Robert, jej brutalny były mąż, który tropił ją po mieście, znalazłby je łatwiej niż kiedykolwiek.
Zofia spojrzała na Hanię, która zapadała w drzemkę i budziła się, wyczerpana gorączką. Nie miała się nią z kim zostawić. Jej matka nie żyła. Przyjaciele zniknęli. Była sama w mieście liczącym dwa miliony mieszkańców, bez jednej pomocnej dłoni.
Podjęła jedyną decyzję, jaką mogła.
Zofia ubrała Hanię w dodatkowe warstwy ubrań, otuliła ją trzema kocami i włożyła do wózka, który kupiła w lumpeksie za dwadzieścia złotych. Wcisnęła butelkę, pieluchy i lek przeciwgorączkowy pożyczony od sąsiadki do swojej torby. Potem wypchnęła wózek z ciemnego pokoju i weszła w szarą mżawkę.
Adres z wiadomości zaprowadził ją na Mokotów, gdzie mieszkali najbogatsi ludzie w Warszawie. Zofia nigdy wcześniej tam nie była. Mijała nieskazitelnie czyste ulice, wystawy luksusowych sklepów, importowane samochody ustawione wzdłuż chodników. CzCzuła się jak plama na idealnym obrazie, popychając wózek w kierunku potężnej, mrocznej rezydencji, która wyrosła przed nią jak zły sen.



