Mechanik stracił wszystko, by uratować dziecko. Następnego dnia przed jego domem stanęło 5 luksusowych aut.5 min czytania.

Dzielić

Upał w Warszawie w środku lipca to nie tylko wysoka temperatura; to fizyczna manifestacja gorąca, która odbiera oddech i wysusza duszę. Na terenie Przemysłowym na Targówku asfalt zdawał się topić pod bezlitosnym słońcem o trzeciej po południu, tworząc miraże wody na drodze, które oszukiwały wzrok, ale nie ciało. Wewnątrz warsztatu „Auto Majewski” temperatura sięgała czterdziestu pięciu stopni. Powietrze było ciężkie od zapachu spalonego oleju silnikowego, gumy i potu mężczyzn pracujących na granicy wytrzymałości.

Marek Kowalski otarł czoło grzbietem dłoni, zostawiając smolistą plamę na swojej już opalonej i zniszczonej pracy skórze. Spędził sześć godzin pod starym Fiatem Seicento, który wyglądał, jakby przeżył wojnę, próbując zdemontować upartą skrzynię biegów. Jego kostki były obtarte, paznokcie czarne od brudu, a plecy krzyczały z bólu od nienaturalnej pozycji. Ale Marek nie narzekał. Nie mógł sobie na to pozwolić.

— Kowalski! — rozległ się głos, przecinający hałas pneumatycznych kluczy jak bat. — Zamierzasz spędzić cały dzień przy tym złomie? Klient ma przyjść za godzinę! Chcę ten samochód z dala od mojego podnośnika!

Zbigniew Majewski, właściciel warsztatu, obserwował z drzwi swojej klimatyzowanej biura. Miał na sobie nieskazitelną koszulę markowej firmy, która rażąco kontrastowała z brudem pokrywającym jego pracowników. Był niski, ale jego ego wypełniało cały warsztat — współczesny tyran, który lubił pokazywać swoją władzę nad tymi, którzy od niego zależeli. Nie był po prostu złym szefem. Był złym człowiekiem, jednym z tych, którzy patrzą z góry i lubią upokarzać innych, by poczuć się lepiej.

— Już prawie gotowe, panie Majewski — odpowiedział Marek, wychodząc spod samochodu i wymuszając uprzejmy uśmiech. — Tylko jedna śruba była zaciągnięta, ale już ją mam.

— Mniej gadania, więcej roboty, Kowalski — syknął Zbigniew, spoglądając na złoty zegarek. — Pamiętaj, że kolejka młodych bezrobotnych czeka na twoje miejsce za połowę twojej stawki. Nie jesteś niezastąpiony. Nikt nie jest.

Marek spuścił wzrok i skinął głową, połykając wściekłość, która paliła go w gardle bardziej niż sam upał. Wiedział, że to nieprawda. Był najlepszym mechanikiem w warsztacie, jedynym, który potrafił usłyszeć problemy, których maszyny nie wykrywały. Ale wiedział też, że Majewski miał rację w jednym: potrzeby. Marek miał czterdzieści dwa lata, kredyt na mieszkanie na Pradze, który go dusił każdego miesiąca, i troje dzieci: Kacpra, który potrzebował aparatu ortodontycznego, Zosię, marzącą o studiach, i małego Jasia, który dopiero zaczynał szkołę. Jego żona, Ewa, sprzątała biurowce w Śródmieściu, harując, żeby ich dodatkowe pieniądze starczyły na jedzenie.

Strach przed utratą pracy był paliwem, które trzymało Marka w milczeniu. „Wytrzymaj dla nich” — powtarzał sobie jak mantrę.

O czwartej po południu słońce nieco zeszło, ale upał wciąż był nie do zniesienia. Marek wyszedł na chwilę przed warsztat, by napić się wody z publicznej fontanny. Ulice były puste, oprócz okazjonalnych dostawczaków.

Wtedy ją zobaczył.

Najpierw pomyślał, że to złudzenie wywołane gorącem. Mała postać w szkolnym mundurku z szarej spódniczce i białej bluzce szła chwiejnie po chodniku. Wyglądała nie na miejscu — nie było tam szkół, tylko hale i magazyny. Dziewczynka, mająca najwyżej osiem lat, szła powłócząc nogami, z głową opuszczoną i złotymi włosami przyklejonymi potem do czoła.

Marek zmarszczył brwi. Coś było nie tak. Dziewczynka zatrzymała się, przycisnęła dłoń do piersi i — jakby ktoś przeciął jej sznurki — upadła na rozgrzany beton.

Dźwięk jej ciała uderzającego o ziemię był prawie niesłyszalny, ale dla Marka zabrzmiał jak wystrzał.

— Hej! — krzyknął, upuszczając butelkę. — Dziewczynko!

Rozejrzał się. Dwóch pracowników z naprzeciwka wyszło na papierosa, ale stali w bezruchu, patrząc z mieszaniną ciekawości i strachu przed wtrącaniem się. „Nie mieszaj się, to nie twoja sprawa” — wisiało w powietrzu.

Ale Marek nie myślał. Jego ciało zareagowało pierwsze. Przekroczył ulicę, omijając warkotzącą dostawczak.

Kiedy dotarł do niej, serce mu zamarło. Leżała na wznak. Jej skóra, która powinna być różowa od gorąca, miała szary odcień, usta sine. Oczy miała zamknięte, klatka piersiowa ledwo się poruszała. Marek uklęknął, ignorując ból od gorącego asfaltu.

— Słyszysz mnie, mała? — delikatnie poklepał ją po policzku. Skóra była gorąca, ale nie od gorączki — od udaru, a jednocześnie wilgotna i lepka. Zły znak.

Przyłóż ucho do jej ust. Ledwo oddychała. Puls słaby i nieregularny.

— Wezwijcie karetkę! — krzyknął w stronę gap— krzyknął w stronę gapowiczów, ale wiedział, że na karetkę w godzinach szczytu może czekać pół godziny, a ona mogła nie mieć tyle czasu, więc podniósł ją w ramiona, pobiegł do swojego starego Fiata Ducato i ruszył w stronę Szpitala Dziecięcego, nie oglądając się za siebie, choć Majewski krzyczał, że jeśli wyjdzie, to już nie wróci.

Leave a Comment