Musiałem sprawdzić nowy budynek apartamentowy. Jak zwykle: drogie ubrania, sztuczny klimat i pośpiech. Ale gdy dotarłem do bramy, wszystko zamarło.
Szary pył pokrywał plac budowy niczym gęsta mgła, przez którą ledwo co było widać, ale nawet ten brud nie mógł ukryć tej sylwetki.
„Panie Robercie?” – zapytał nerwowo mój kierowca. „Coś nie tak?”
Nie odpowiedziałem. Otworzyłem drzwi i wybiegłem, nie przejmując się, że moje designerskie buty zabłociły się po kostki.
Tam była ona. Chuda dziewczyna w zniszczonym kasku i kamizelce, która była na nią za duża ze wszystkich stron. Przerzucała cement w pełnym słońcu, cała spocona. Ale gdy odwróciła się, by otrzeć twarz… poczułem, jakbym dostał sztyletem w pierś.
Ten wzrok. Te przeklęte zielone oczy.
Były identyczne jak mojej żony, której już nie ma. Takie same jak u mojej małej Zosi, która zaginęła w parku dwie dekady temu i o której wszyscy zapewniali mnie, że nie żyje.
„Ty! Hej, ty!” – krzyknąłem do niej ochrypłym głosem.
Opuściła łopatę ze strachem i cofnęła się, spuszczając głowę.
„Przepraszam, szefie” – powiedziała drżącym głosem. „Przysięgam, że nie obijałam się, tylko ocierałam pot. Proszę, nie zwalniaj mnie, błagam, mam ciężko chorą babcię.”
Podszedłem tak blisko, że czułem zapach świeżego cementu na jej ubraniu. Wziąłem jej dłonie – pełne odcisków i zadrapań.
„Nie zamierzam cię zwolnić…” – powiedziałem ze łzami w oczach. „Spójrz na mnie. Jak się nazywasz?”
Podniosła wzrok, zdezorientowana i przerażona. „Nazywam się Kinga, proszę pana… Jestem tylko robotnicą budowlaną.”
„Nie…” – Pokręciłem głową i odgarnąłem brudne włosy z jej szyi. „Jeśli jesteś tym, kim myślę, musisz mieć tu trzy pieprzyki.”
To, co zobaczyłem na jej szyi, sparaliżowało mnie. Ale wtedy nadbiegł kierownik budowy i krzyknął coś, co zburzyło wszystko, co myślałem o porwaniu mojej córki.
Kierownik budowy nadbiegł, czerwony ze złości.
„Panie Nowak! Proszę odejść od tej dziewczyny natychmiast!”
Spojrzałem na niego bez zrozumienia. Wciąż trzymałem dłonie Kingi.
„Ta robotnica to same kłopoty” – kontynuował krzyk kierownik. „Jest tu ledwo tydzień, a już stwarza problemy. Nie można nękać inwestorów!”
Kinga szarpnęła się, uwalniając. Drżała na całym ciele.
„Nie zrobiłam nic złego, panie Arturze. Ten pan mnie złapał.”
Poczułem wściekłość. Taką, jakiej nie doświadczyłem od dnia, gdy straciłem Zosię.
„Jak śmiesz tak do niej mówić?” – warknąłem na kierownika. „Ta dziewczyna nic ci nie zrobiła.”
Pan Artur spojrzał na mnie, jakbym oszalał.
„Z całym szacunkiem, panie Nowak, ale pan nie zna tych ludzi. To wszyscy kłamcy. Przyjeżdżają niewiadomo skąd, bez papierów, wymyślają historie, żeby wzbudzić litość.”
Coś w jego tonie rozzłościło mnie jeszcze bardziej. Ale też dało do myślenia. Bez papierów? Skąd ta dziewczyna się wzięła?
Spojrzałem na Kingę. Miała wzrok wbity w ziemię, ale dostrzegłem w jej twarzy coś więcej niż strach przed utratą pracy.
„Gdzie mieszkasz?” – zapytałem łagodnie.
Zawahała się. Przygryzła wargę.
„W… w wynajętym pokoju. Na Woli.”
„Z kim?”
„Z babcią. Już panu mówiłam.”
„A rodzice?”
Jej twarz się zacięła. Brudna łza spłynęła po policzku.
„Nie znam ich, proszę pana. Babcia mówi, że porzucili mnie, gdy byłam niemowlęciem.”
Świat znów stanął w miejscu. Niemowlę. Porzucone. Babcia. Kawałki układanki zaczynały pasować w okropny sposób.
„Ile masz lat?”
„Dwadzieście trzy, chyba. Babcia nie jest pewna.”
Dwadzieście trzy. Moja Zosia miałaby dwadzieście trzy lata, gdyby żyła.
Kierownik sapnął zniecierpliwiony. „Panie Nowak, naprawdę nie powinien pan tracić czasu na…”
„Zamknij się!” – krzyknąłem. „Jesteś zwolniony. Wynoś się natychmiast.”
Pan Artur zbladł. Otworzył usta, by zaprotestować, ale coś w moim spojrzeniu go zatrzymało. Odszedł, mamrocząc przekleństwa.
Gdy zostaliśmy sami – no, przynajmniej tak sami, jak to możliwe na placu budowy z pięćdziesięcioma gapiącymi się robotnikami – uklęknąłem przed Kingą.
Cofnęła się, przestraszona.
„Nie zrobię ci krzywdy” – powiedziałem. „Po prostu chcę, żebyś mnie wysłuchała. Dwadzieścia lat temu straciłem córkę w parku. Miała na imię Zosia. Trzy lata. Miała takie same oczy jak ty. I trzy pieprzyki na szyi, właśnie tutaj.”
Wskazałem miejsce, gdzie je zobaczyłem. Kinga instynktownie sięgnęła do szyi.
„Wiele osób ma pieprzyki, proszę pana.”
„Nie takie. One tworzyły idealny trójkąt. Moja żona mówiła, że to trzy gwiazdy z pasa Oriona.”
Dostrzegłem zmianę w jej wyrazie twarzy. Przebłysk rozpoznania.
„Babcia…” – szepnęła. „Babcia zawsze mówiła, że moje pieprzyki są wyjątkowe. Że to znak z nieba.”
Serce waliło mi tak mocno, że myślałem, iż eksploduje.
„Mogę je zobaczyć?”
Wahała się długą chwilę. W końcu, powoli, zdjęła kamizelkę i odsunęła kołnierz przepoconej koszulki.
I były. Trzy pieprzyki. Tworzące idealny trójkąt. Gwiazdy Oriona.
Załamałem się. Oparłem się na kolanach w błocie i płakałem tak, jak nie płakałem od pogrzebu żony.
„To ty” – łkałem. „Jesteś moją małą dziewczynką. Jesteś moją Zosią.”
Kinga też płakała, ale z dezorientacji.
„Nic nie rozumiem, proszę pana. Nie jestem pana córką. Babcia wychowała mnie, odkąd pamiętam.”
„Jak ma na imię twoja babcia?”
„Pani Helena. Helena Kowalska.”
To imię nic mi nie mówiło. Ale porywacze nie używają swoich prawdziwych nazwisk.
„Muszę ją spotkać” – powiedziałem. „Muszę z nią porozmawiać.”
Kinga otarła łzy grzbietPojechaliśmy razem do Woli, gdzie w maleńkim mieszkaniu pełnym starych fotografii spotkałem kobietę, która przez dwadzieścia lat ukrywała prawdę o mojej córce, a gdy spojrzała mi w oczy, jedyne, co zdołała wyszeptać, było: „Przepraszam, ale gdy ją znalazłam, nikt jej nie szukał, a ja po prostu pokochałam ją jak własną”.



