Młody mężczyzna w znoszonych ubraniach poprosił o pracę… a reakcja szefowej zaskoczyła wszystkich.5 min czytania.

Dzielić

Dziś rano biurowiec Arya Solutions Polska tętnił życiem. Menadżerowie w nienagannych garniturach przemierzali hol, rozmawiając przez telefony, w powietrzu unosił się zapach świeżo mielonej kawy, a ekrany ogłaszały przybycie zagranicznych klientów. Wszystko musiało być idealne.

Za recepcją Kasia obserwowała każdego gościa wytrawnym wzrokiem: kto wchodzi, kto należy do firmy, a kto nie.

O wpół do dziesiątej powoli otworzyły się drzwi obrotowe.

Wszedł przez nie nieśmiałym krokiem młody chłopak. Miał może z dwadzieścia pięć lat. Jego koszula była czysta, ale zniszczona; na jednym rękawie widniała mała dziurka. Buty wyglądały na przechodzone wiele kilometrów. W dłoniach trzymał starą, pokiereszowaną teczkę.

Kasia spojrzała na niego i jej wyraz twarzy zmienił się na ułamek sekundy.
— W czym mogę pomóc? — zapytała z automatyczną uprzejmością.

Młody człowiek wziął głęboki oddech.
— Dzień dobry. Jestem umówiony na rozmowę kwalifikacyjną. Wysłałem aplikację online…

Spojrzała w ekran komputera i znalazła nazwisko.
Marcin Nowak.
Przeczytała je jeszcze raz, jakby spodziewając się, że popełniła błąd.
— Pan przyszedł na rozmowę? — zapytała, starając się zachować profesjonalny ton.
— Tak, proszę pani.

Nie patrząc na niego zbytnio, wskazała krzesła w głębi holu.
— Proszę tam poczekać. Zgłoszę to do Działu Kadr.

W kolejce czekali już inni, nienagannie ubrani kandydaci. G tylko Marcin usiadł, jeden z nich mruknął:
— Ten też przyszedł na to stanowisko?
— Na pewno pomylił miejsca — odparł drugi, śmiejąc się cicho.

Marcin wszystko usłyszał, ale milczał. Jego wzrok zatrzymał się na ogromnym zdjęciu na ścianie: dyrektor naczelnej firmy, Zofia Borecka, odbierająca nagrodę biznesową. W wieku dwudziestu siedmiu lat była znana z pomocy ojcu w uratowaniu firmy, gdy ta była na skraju bankructwa.

Niektórzy pracownicy uważali ją za surową. Inni twierdzili, że była po prostu sprawiedliwa.

Tymczasem na trzecim piętrze Zofia przeglądała raporty, gdy wszedł Robert, szef Działu Kadr.
— Pani dyrektor, dziś kończymy rozmowy na stanowisko programisty.
— Niech kandydaci przyjdą na górę — odpowiedziała, nie podnosząc wzroku.

Na dole, jeden po drugim, przechodzili najlepiej prezentujący się kandydaci. Dwadzieścia minut później został tylko Marcin.

Kasia zadzwoniła z wahaniem.
— Pani dyrektor… został jeden kandydat, ale… nie wygląda zbyt profesjonalnie.

Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Nazwisko?
— Marcin Nowak.

Krótka pauza.
— Niech przyjdzie teraz.
— Teraz?
— Teraz.

Kasia rozłączyła się zaskoczona i spojrzała na młodego człowieka.
— Może pan iść na górę. Czekają na pana.

Inni kandydaci patrzyli na niego z niedowierzaniem, gdy szedł w kierunku windy, nerwowo ściskając swoją teczkę.

Gdy dotarł na trzecie piętro, cichy korytarz zaprowadził go do biura z szklaną tabliczką: Dyrekcja Generalna — Zofia Borecka.

Asystentka otworzyła drzwi.
— Proszę wejść.

Marcin zapukał delikatnie.
— Mogę wejść?
— Proszę.

Biuro było przestronne, oświetlone wielkimi oknami. Bez przepychu, tylko porządek i funkcjonalność. Zofia stała przy biurku z otwartym laptopem.

Obserwowała go bez wyrazu osądu, po prostu oceniając.
— Usiądź, Marcin.

Zawahał się.
— Proszę pani… mój strój nie jest odpowiedni…
— Powiedziałam, żebyś usiadł.

Nie zabrzmiało to okrutnie, ale stanowczo, jakby dawała do zrozumienia, że liczy się tu co innego.

Marcin usłuchał, wciąż nerwowy.

Zofia odwróciła w jego stronę komputer.
— Przejrzałam twoje projekty. Nie skończyłeś prestiżowej uczelni, ale twoja praca wykazuje talent.

Młody człowiek spuścił wzrok.
— Uczyłem się sam… wykonując drobne zlecenia.

Skinęła głową.
— Mój zespół od kilku dni ma problem techniczny. Możesz spróbować go rozwiązać teraz, jeśli chcesz.

Marcin podniósł wzrok zaskoczony.
— Teraz?
— Teraz.

Przez następne minuty słychać było tylko klikanie klawiszy. Chłopak zdawał się zapominać, gdzie jest; jego dłonie poruszały się pewnie, skupiony wyłącznie na kodzie.

Zofia obserwowała go w ciszy i po raz pierwszy tego ranka lekko się uśmiechnęła.

Bo talent, pomyślała, rzadko przychodzi ubrany w luksus.

Ale wtedy coś się zmieniło.

Na ekranie pojawił się nieoczekiwany komunikat: błąd krytyczny serwera głównego.

Zofia zmarszczyła brwi. To nie było częścią testu.

Jednocześnie zadzwonił jej telefon. To był Robert z Działu Kadr, zmienionym głosem.
— Pani dyrektor, mamy poważny problem. System wewnętrzny padł. Nie mamy dostępu do bazy danych. Sprzedaż, logistyka… wszystko stoi.

Zofia spojrzała na ekran Marcina. On już nie rozwiązywał ćwiczenia. Jego brwi były złączone w skupieniu, analizował linijki kodu, które nie należały do testu.
— Co pan robi? — zapytała.

Młody człowiek przełknął ślinę.
— Pani sieć… jest atakowana.

Zofia poczuła zimny ucisk w żołądku.
— Skąd pan wie?
— To nie jest zwykła usterka. Próbują zaszyfrować serwery. Jeśli im się uda… stracą państwo wszystko.

Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem był to dyrektor operacyjny.
— Zofio, na wszystkich komputerach mamy wiadomość. Żądają okupu za odblokowanie danych.

Ransomware.

Najgorsze możliwe słowo w tej chwili.

Tego dnia mieli przyjechać zagraniczni inwestorzy. Gdyby firma okazała słabość, wielomilionowa umowa mogłaby runąć.

Zofia podjęła natychmiastową decyzję.
— Zablokujcie zewnętrzne dostępy. Odłączcie wszystko, co nie jest niezbędne — rozkazała przez telefon.

Potem znów spojrzała na Marcina.
— Może pan to zatrzymać?

Młody człowiek zastygł na kilka sekund, jakby nie wierząc w to, co słyszy.
— Nie jestem pracownikiem…
— Zapytałam, czy pan może.

Cisza.

Potem wziął głęboki oddech.
— Mogę spróbować.

Zofia wezwała asystentkę.
— Niech cały zespół systemowy tu przyjdzie. Natychmiast.

Pięć minut później biuro było pełne nerwowych inżynierów wpatrzonychspojrzała przez okno na tętniące życiem miasto, wiedząc, że czasem największa siła kryje się w najbardziej nieoczekiwanych ludziach.

Leave a Comment