Pewnego poranka biurowiec firmy Ariadna Solutions Polska tętnił życiem. Menedżerowie w nienagannych garniturach przekraczali hall rozmawiając przez telefony, w powietrzu unosił się zapach świeżo mielonej kawy, a na ekranach wyświetlały się przybycia zagranicznych klientów. Wszystko musiało być idealne.
Za recepcyjnym blatem, Kinga śledziła każdego gościa wyćwiczonym spojrzeniem: kto wchodzi, kto tu pasuje, a kto nie.
O wpół do dziesiątej, drzwi obrotowe otwarły się powoli.
Wszedł przez nie nieśmiałym krokiem młody chłopak. Miał może z dwadzieścia pięć lat. Jego koszula była czysta, ale zniszczona; na jednym rękawie widniała mała dziurka. Buty wyglądały na przechodzone wiele kilometrów. W dłoniach trzymał zniszczoną teczkę, naznaczoną śladami używania.
Kinga spojrzała na niego i jej wyraz twarzy zmienił się na ułamek sekundy.
—W czym mogę pomóc? —zapytała z automatyczną uprzejmością.
Młody człowiek wziął głęboki oddech.
—Dzień dobry. Jestem umówiony na rozmowę kwalifikacyjną. Wysłałem aplikację online…
Spojrzała w ekran komputera i znalazła nazwisko.
Marcin Nowak.
Przeczytała je ponownie, jakby spodziewając się, że popełniła błąd.
—Pan przyszedł na rozmowę? —zapytała, starając się zachować profesjonalny ton.
—Tak, proszę pani.
Nie patrząc na niego zbyt uważnie, wskazała krzesła w głębi holu.
—Proszę tam poczekać. Zgłoszę to do Działu Kadr.
W kolejce do rozmów czekali już inni, nienagannie ubrani kandydaci. G tylko Marcin usiadł, jeden z nich mruknął:
—On też przyszedł na to stanowisko?
—Na pewno pomylił budynek —odpowiedział drugi, chichocząc cicho.
Marcin wszystko usłyszał, ale milczał. Jego wzrok zatrzymał się na ogromnym zdjęciu na ścianie: dyrektor naczelnej firmy, Zofia Szymańska, odbierająca nagrodę biznesową. W wieku dwudziestu siedmiu lat była znana z pomocy ojcu w uratowaniu firmy, gdy ta była na skraju bankructwa.
Niektórzy pracownicy uważali ją za surową. Inni mówili, że była po prostu sprawiedliwa.
Tymczasem na trzecim piętrze Zofia przeglądała raporty, gdy wszedł Robert, szef Działu Kadr.
—Pani Dyrektor, dziś kończymy rozmowy na stanowisko programisty.
—Niech kandydaci podejdą —odpowiedziała, nie podnosząc wzroku.
Na dole, jeden po drugim, przechodzili najlepiej prezentujący się kandydaci. Dwadzieścia minut później został tylko Marcin.
Kinga zadzwoniła z wahaniem.
—Pani Dyrektor… został jeden kandydat, ale… nie wydaje się zbyt profesjonalny.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
—Nazwisko?
—Marcin Nowak.
Krótka pauza.
—Niech podejdzie teraz.
—Teraz?
—Teraz.
Kinga rozłączyła się zaskoczona i spojrzała na młodego człowieka.
—Może pan iść na górę. Czekają na pana.
Inni kandydaci patrzyli na niego z niedowierzaniem, gdy szedł w stronę windy, nerwowo ściskając swoją teczkę.
Gdy dotarł na trzecie piętro, cichy korytarz poprowadził go do biura z szklaną tabliczką:
Dyrekcja Generalna — Zofia Szymańska.
Asystentka otworzyła drzwi.
—Proszę wejść.
Marcin zapukał delikatnie.
—Mogę?
—Proszę.
Biuro było przestronne, oświetlone panoramicznymi oknami. Nic wystawnego, tylko porządek i funkcjonalność. Zofia stała przy swoim biurku z otwartym laptopem.
Obserwowała go bez wyrazu oceny, po prostu analizując.
—Niech pan siada, Marcinie.
Zawahał się.
—Proszę pani… mój strój nie jest odpowiedni…
—Powiedziałam, żeby pan usiadł.
Nie zabrzmiało to okrutnie, ale stanowczo, jakby dawała do zrozumienia, że liczy się co innego.
Marcin usłuchał, wciąż nerwowy.
Zofia przekręciła komputer w jego stronę.
—Przejrzałam pana projekty. Nie pochodzi pan z renomowanej uczelni, ale pana praca wykazuje talent.
Młody człowiek spuścił wzrok.
—Uczyłem się sam… wykonując drobne zlecenia.
Skinęła głową.
—Mój zespół od kilku dni ma problem techniczny. Może pan spróbować go rozwiązać teraz, jeśli chce.
Marcin podniósł wzrok zaskoczony.
—Teraz?
—Teraz.
Przez kolejne minuty słychać było tylko klikanie klawiszy. Chłopak zdawał się zapominać, gdzie jest; jego dłonie poruszały się z pewnością, skupiony wyłącznie na kodzie.
Zofia obserwowała go w milczeniu i po raz pierwszy tego ranka uśmiechnęła się lekko.
Bo talent, pomyślała, rzadko przychodzi ubrany w luksus.
Lecz wtedy coś się zmieniło.
Na ekranie pojawił się nieoczekiwany komunikat: błąd krytyczny serwera głównego.
Zofia zmarszczyła brwi. To nie było częścią testu.
W tym samym momencie jej telefon zawibrował. To był Robert z Działu Kadr, z mocno zmienionym głosem.
—Pani Dyrektor, mamy poważny problem. System wewnętrzny padł. Nie mamy dostępu do bazy danych. Sprzedaż, logistyka… wszystko stoi.
Zofia spojrzała na ekran Marcina. On już nie rozwiązywał ćwiczenia. Jego brwi były złączone w skupieniu, analizował linie kodu, które nie należały do testu.
—Co pan robi? —zapytała.
Młody człowiek przełknął ślinę.
—Pani sieć… jest atakowana.
Zofia poczuła zimny ucisk w żołądku.
—Skąd pan wie?
—To nie jest zwykła usterka. Próbują zaszyfrować serwery. Jeśli im się uda… stracą państwo wszystko.
Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem był to dyrektor operacyjny.
—Zofia, mamy wiadomość na wszystkich komputerach. Żądają okupu za uwolnienie danych.
Ransomware.
Najgorsze możliwe słowo w tym momencie.
Tego dnia przyjeżdżali zagraniczni inwestorzy. Gdyby firma okazała się wrażliwa, wielomilionowa umowa mogłaby się rozsypać.
Zofia podjęła natychmiastową decyzję.
—Zamknijcie zewnętrzne dostęp. Odłączcie wszystko, co nie jest niezbędne —zleciła przez telefon.
Potem znów spojrzała na Marcina.
—Może pan to zatrzymać?
Młody człowiek zastygł na kilka sekund, jakby nie wierząc w to, co słyszy.
—Nie jestem pracownikiem…
—Zapytałam, czy pan może.
Cisza.
Następnie wziął głęboki oddech.
—Mogę spróbować.
Zofia wezwała asystentkę.
—Niech capozwalając mu wyjść z cienia i udowodnić, że prawdziwa wartość człowieka nie mierzy się metką na garniturze, ale siłą charakteru i umysłu.



