24 grudnia przed Domem Dziecka im. Świętej Jadwigi zebrało się dwustu motocyklistów, gdy komisarz próbował eksmitować dwadzieścioro troje dzieci. Tego, czego nie wiedzieli, to fakt, że to ja, sędzia Henryk Nowak, wydałem nakaz eksmisji.
Od dwudziestu dwóch lat zasiadam na ławie sędziowskiej. Podpisałem niezliczone decyzje. Jedne niszczyły rodziny, inne je ratowały. Ale nic—absolutnie nic—nie przygotowało mnie na to, co wydarzyło się tej grudniowej nocy.
Siedziałem w samochodzie naprzeciwko Domu Dziecka, obserwując, jak policja szykuje się do wykonania mojego nakazu. Bank przejął nieruchomość. Placówka miała dziewięćdziesiąt dni na opuszczenie budynku. Przedłużyli to do pół roku dzięki odwołaniom, ale prawo jest prawem.
Dwadzieścioro troje dzieci w wieku od czterech do siedemnastu lat miało zostać rozdzielonych i rozwiezionych po różnych domach dziecka w całym województwie. W Wigilię.
Nie powinienem tam być. Sędziowie zwykle nie przyglądają się wykonaniu swoich zarządzeń. Ale coś przyciągnęło mnie na tę ulicę. Może wyrzuty sumienia. Może makabryczna ciekawość. A może po prostu chciałem po raz pierwszy zobaczyć skutki swoich decyzji.
Wtedy usłyszałem ich. Warkot silników zaczął się cicho, jak odległy grzmot. Potem rósł. I rósł. I rósł.
Motocykle. Dziesiątki. Potem setki.
Zjeżdżali się z każdej strony, reflektory przecinały grudniowy mrok. Otoczyli budynek szerokim kręgiem, silniki ryczące, tworząc mur chromu i skóry między policją a drzwiami.
Komisarz Marek Kowalski, którego znałem od piętnastu lat, stał z nakazem w ręku, wpatrując się w morze motocyklistów. Jego podwładni wyglądali na przerażonych.
Nagle silniki zgasły. Wszystkie naraz. Cisza stała się przytłaczająca.
Z tłumu wyszedł mężczyzna. Wysoki—może metr dziewięćdziesiąt, siwa broda sięgająca klatki piersiowej, skórzana kurtka obwieszona wojskowymi naszywkami.
—Dobry wieczór, komisarzu— powiedział spokojnie. —Jestem Tadeusz Wiśniewski, prezes klubu “Strażnicy”. Chcemy porozmawiać o tej eksmisji.
—Nie ma o czym rozmawiać— odparł Kowalski, choć głos mu drżał. —Mam nakaz sędziego Nowaka. Dzieci muszą opuścić budynek natychmiast.
Tadeusz skinął powoli głową. —Rozumiem, że wykonuje pan rozkazy. Ale czy rozumie pan, co właśnie pan robi? To Wigilia. Za chwilę będzie Boże Narodzenie. Chce pan zrujnować święta dzieciom, które już straciły rodziny?
—Prawo jest prawem.
—Prawo bywa niesprawiedliwe.— Tadeusz spojrzał na swoich ludzi. —Nie ruszamy się. Jeśli chce pan eksmitować te dzieci, będzie pan musiał przejść po nas.
Wsunąłem się niżej w fotelu. Sytuacja wymykała się spod kontroli. Jeden telefon po posiłki i przerodziłoby się to w zamieszki.
Ale komisarz Kowalski nie zadzwonił. Stał tak, z drżącym nakazem w dłoni, patrząc na dom dziecka widoczny przez ścianę motocyklistów.
Siostra Anna, siedemdziesięcioletnia zakonnica prowadząca dom dziecka, wyszła na ganek. —Proszę, bez przemocy. Dzieci patrzą przez okna.
Spojrzałem w górę. Dwadzieścia trzy twarze przyklejone do szyb. Oczy szeroko otwarte. Niektóre płakały. Starsze dzieci trzymały młodsze.
—Siostro— odezwał się Tadeusz. —Nie jesteśmy tu po to, by siać chaos. Jesteśmy tu, bo dzieci nie powinny tracić dachu nad głową w Boże Narodzenie.
—Panie Wiśniewski— powiedział Kowalski. —Szanuję pana intencje. Ale jeśli się pan nie rozjedzie, będę musiał aresztować wszystkich za utrudnianie działań służb.
Tadeusz się roześmiał. Nie kpiąco. Smutno. —Marek, mogę mówić ci po imieniu? Zamierzasz aresztować dwustu weteranów trzy dni przed świętami, bo bronią sierot? Jak to będzie wyglądać w Wiadomościach?
Wtedy zauważyłem nadjeżdżające kamery. Trzy ekipy telewizyjne. Kamery już nagrywały.
Zadzwonił mój telefon. Prezydent miasta. Nie odebrałem.
Znów dzwonek. Prezes banku. Zignorowałem.
Za trzecim razem—żona. Odebrałem.
—Henryk, widzisz wiadomości? Dwustu motocyklistów otoczyło Dom Dziecka! Bronią tych dzieci, które chcesz wyrzucić!
—To nie ja je eksmituję. Bank przejął budynek. Ja tylko podpisałem nakaz.
—Henryku Nowak, masz tam natychmiast pojechać i to naprawić!
—Nic nie mogę zrobić. Nakaz jest podpisany.
—To go unieważnij!
—Tak się nie robi, Krystyno.
Rozłączyła się. Trzydzieści dwa lata małżeństwa i nigdy wcześniej mi nie rozłączyła rozmowy.
Tymczasem pod dom dziecka zjeżdżało coraz więcej motocykli. Tłum rósł. Ktoś postawił głośniki i leciały kolędy. Cicha Noc rozbrzmiewała w mroźnym powietrzu.
Reporterka podeszła do Tadeusza. —Dlaczego państwo tutaj są?
Spojrzał prosto w kamerę. —Bo ktoś musi stanąć w obronie dzieci, które nie mogą same się bronić. Bank, który przejął ten budynek, dostał pomoc publiczną w 2008. Oni dostali drugą szansę. Dlaczego nie dają jej tym dzieciom?
—A co z prawem?
—Prawo czasem chroni silnych, a nie słabych. Wtedy dobrzy ludzie muszą powiedzieć: nie. Nie tej nocy. Nie dzieciom. Nie w święta.
Tłum wybuchnął okrzykami. Kolejni motocykliści przyjeżdżali. Niektórzy przynieśli gorącą herbatę dla policjantów, którzy nie wiedzieli, czy ją przyjąć.
Wtedy stało się coś niezwykłego.
Zwykli ludzie zaczęli się schodzić. Rodziny z sąsiedztwa. Sklepikarze. Nauczyciele. Stanęli ramię w ramię z motocyklistami. W ciągu godziny pod domem dziecka zebrało się z pięćset osób.
Komisarz Kowalski nerwowo rozmawiał przez telefon. Pewnie z prezydentem miasta. A może wojewodą. Przełożeni kazali mu załagodzić sytuację bez rozlewu krwi.
O 21:00 znów podszedł do Tadeusza. —Muszę wykonać rozkaz.
—A my musimy chronić dzieci.
—Czego pan ode mnie chce?
—Dajcie nam czas do północy. Trzy godziny. Zrobimy, co w naszej mocy.
Kowalski spojrzał na swoje oddziały. Na tłum. Na kamery. —Trzy godWtedy Tadeusz spojrzał w góre, gdzie dzieci wciąż stały przy oknach, i powiedział: “Dziś pokazaliśmy, że gdy prawu zabraknie serca, zwykli ludzie potrafią stanąć na wysokości zadania i naprawić to, co system zepsuł.”



