Rozdział 1: Cisza przed burzą
Porzuciłem życie outlawa dziesięć lat temu. Zamieniłem skórzaną kurtkę, wojny gangów i noce w areszcie na klucz francuski, kredyt hipoteczny na przedmieściach Poznania i obowiązki samotnego ojca najsłodszej dziewczynki pod słońcem – Zosi. Obiecałem jej matce na łożu śmierci, że ochronię naszą córkę przed przemocą. Że będę „Jackiem Kowalskim”, a nie „Młotem”.
Dotrzymałem słowa. Na wywiadówkach nosiłem koszule w kratę. Uśmiechałem się do sąsiadów, którzy z podejrzliwością spoglądali na moje tatuaże. Zostałem tym gościem, który za darmo naprawiał wszystkim kosiarki w weekendy. Byłem nudny. Byłem bezpieczny.
Aż do wczoraj.
Byłem w garażu, gdzie zapach smaru i starego oleju wypełniał powietrze – moja świątynia – gdy boczne wrota skrzypnęły. Była 14:00 we wtorek. Szkoła miała się skończyć dopiero za godzinę. Mój wewnętrzny zegar, wyostrzony latami życia na krawędzi, natychmiast zasygnalizował alarm.
Gdy podniosłem wzrok znad skrzyni biegów, którą właśnie przerabiałem, klucz wypadł mi z dłoni i z hukiem uderzył o beton.
Stała tam Zosia. Jej ulubiona żółta sukienka w kwiaty – ta, którą zakładała na zdjęcia klasowe, bo twierdziła, że czuje się w jej promieniach – była rozdarta na ramieniu, odsłaniając potworne, fioletowe obtarcie. Jej włosy, zwykle splecione w staranny warkocz, wyglądały jak splątane gniazdo, z różową gumą do żucia wplątaną głęboko w pasma.
Ale to jej twarz zatrzymała moje serce, a potem rozgrzała je do białości czystą wściekłością. Warga była rozcięta, spuchnięta do podwójnej grubości, a jej oczy… jej oczy były tak puste, pozbawione blasku, że patrzyłem jak w grób. Nie wyglądała na moją małą dziewczynkę. Wyglądała na ofiarę wojny.
„Zosia?” Mój głos się załamał. Podbiegłem do niej, wycierając smar z rąk o dżinsy, klękając, by być na jej poziomie. Nie śmiałem jej dotknąć, bojąc się, że zrobię jej jeszcze większą krzywdę. „Kochanie, co się stało? Kto to zrobił?”
Nie płakała. To było najgorsze. Tylko drżała, jak przerażone zwierzę. ByłaZanim zdołała odpowiedzieć, w bramie garażu stanął Jasiek “Wilczy Pazur”, mój dawny zastępca z czasów gangów, i mruknął: “Wygląda na to, że czas wyciągnąć stare kutasy z szafy, stary — ktoś tu właśnie wypowiedział wojnę rodzinie Kowalskich,” po czym odwrócił się, wskazując kciukiem na ulicę, gdzie stało już dwudziestu twardych facetów na motorach, gotowych ruszyć na pomoc.



