Ulice Warszawy lśniły w południowym słońcu, gdy szesnastoletnia Kasia Nowak biegła zrozpaczona w stronę szkoły.
Ciężkie powietrze przylegało do jej skóry, a asfalt wypuszczał gorące fale, od których drżały odległe budynki.
Jej znoszone buty uderzały o chodnik w szalonym tempie, gdy omijała przechodniów, przyciskając do piersi stertę używanych książek. Serce waliło jej w skroniach, ale nie zwalniała. To byłby już trzeci raz w tym tygodniu, gdy spóźniłaby się na lekcje.
Dyrektor był jasny w poniedziałkowym poranku, patrząc na nią znad okularów:
„Nowak, jeśli spóźnisz się jeszcze raz, przejrzymy twoje stypendium. Wielu uczniów czeka na twoje miejsce”, powiedział krótko.
„Nie mogę tego stracić”, powtarzała sobie Kasia, jak rozpaczliwą mantrę.
Bez stypendium musiałaby nie tylko opuścić prywatną szkołę, do której dostała się niemal cudem, ale także zacząć pracować na pełen etat w sklepie osiedlowym, jak jej matka. Nauka była jej jedyną drogą ucieczki.
Mundurek, odziedziczony po starszej kuzynce, był trochę za duży i nosił ślady czasu: postrzępione mankiety, żółtą plamę na kołnierzu koszuli, źle zaszyte rozdarcie w spódnicy. Ale to było najlepsze, na co stać jej rodzinę, a Kasia nosiła go z dumą, jakby to była nowa sukienka.
Na skręcie w Aleję Jerozolimskie zwolniła nieco, by minąć mężczyznę pchającego wózek z lodami. I wtedy to usłyszała.
Najpierw pomyślała, że to jej wyobraźnia, przygłuszony pogłos między hałasem samochodów i odległymi głosami. Ale dźwięk powrócił, tym razem wyraźniejszy: cichy, urywany płacz, który znikał i pojawiał się w nieregularnych odstępach. Kasia zatrzymała się gwałtownie, z piersią falującą szybkim oddechem.
Zmarszczyła brwi i rozejrzała się. Aleja, zazwyczaj pełna ludzi o tej porze, była dziwnie pusta na tym odcinku. Kilka zaparkowanych aut, zaciągnięte rolety, daleki gwar miasta. Płacz znów się odezwał, słabszy, a Kasia, kierowana instynktem, podążyła za dźwiękiem.
Dochodził z lśniącego czarnego mercedesa zaparkowanego w palącym słońcu przy chodniku. Szyby były przyciemnione, odbijając światło niemal oślepiająco. Kasia podeszła; jej własne zniekształcone odbicie migotało w ciemnym szkle, z twarzą spoconą i zmartwioną.
Przycisnęła czoło do szyby, próbując zajrzeć do środka. Najpierw dostrzegała tylko cienie, ale gdy oczy przyzwyczaiły się do półmroku, zobaczyła małą postać na tylnym siedzeniu.
Niemowlę, przypięte w foteliku, słabo się wierciło. Jego twarz była czerwona jak pomidor, a włosy przykleiły się do czoła od potu. Poruszało ustami, ale ledwo wydobywało dźwięk.
„Boże!” wyszeptała Kasia, czując ucisk w żołądku.
Zastukała pięścią w szybę.
„Halo! Jest tam kto? Słuchaj! To dziecko!”, krzyknęła, szukając pomocy.
Ulica wciąż była pusta, jakby upał wymiótł wszystkich z powierzchni. Żadnego dorosłego, żadnego ochroniarza, nikogo, kto mógłby powiedzieć, że wszystko jest pod kontrolą.
Znów uderzyła w szybę, tym razem mocniej. Dziecko już nie płakało; jego ruchy stawały się coraz wolniejsze, ledwo zauważalne.
Fala paniki przeszyła Kasię. Nagle przypomniała sobie wiadomość, którą czytała w telefonie koleżanki: niemowlę zmarło z powodu udaru cieplnego, pozostawione w samochodzie. Słowa wbiły się w jej umysł. „Umierają… umierają zamknięte…”.
—Nie —wyszeptała. —Nie, nie, nie.
Spojrzała na telefon: technicznie była spóźniona. Mogła biec dalej do szkoły i udawać, że nic nie widziała. Mogła przekonać siebie, że rodzice pewnie są niedaleko. Mogła uratować swoje stypendium.
Ale obraz małego, nieruchomego ciała na tylnym siedzeniu utknął jej w gardle. Nie miała wyboru; każdy, kto nie był z kamienia, by to zrozumiał.
Jej oczy desperacko szukały czegoś na ziemi i zobaczyła połamane cegły przy drzewie. Podniosła jedną drżącymi rękami.
„Przepraszam…”, wyszeptała, choć nie wiedziała, czy przeprasza właściciela auta, dziecko, czy swoją własną przyszłość.
Zamknęła oczy na sekundę, wzięła głęboki oddech i z całej siły rzuciła cegłą w tylne okno.
Szybka rozprysła się z suchym trzaskiem, który wydawał się rozchodzić po całej alei. Deszcz szklanych odłamków spadł na siedzenie i podłogę auta. Natychmiast rozległ się alarm, jego przenikliwy dźwięk przerywając ciszę południa.
Kasia poczuła, jak małe kawałki szkła tną jej przedramiona, ale się nie cofnęła. Wsunęła rękę przez poszarpany otwór i z rozpaczliwą ostrożnością odpięła pasy bezpieczeństwa.
Ciało dziecka paliło w dotyku, ubranko całkiem mokre. Dziewczyna przytuliła je, cisnąc do piersi.
—Spokojnie, spokojnie… —mruczała, niemal bez tchu. —Jesteś bezpieczny, kochanie, już jesteś bezpieczny.
Chłopiec wydał z siebie cichy jęk, przechylając głowę. Miał przymknięte oczy i urywany oddech.
Niektórzy sąsiedzi wyglądali z balkonów, zaniepokojeni dźwiękiem alarmu.
—Hej, ty! Co ty robisz?! —krzyknął mężczyzna z okna.
—Dziecko! Dusiło się od upału! —odpowiedziała Kasia, nie zatrzymując się na wyjaśnienia.
Spojrzała w stronę liceum, a potem w kierunku szpitala miejskiego, który był, jak pamiętała, o kilka przecznic dalej. Bez wahania przycisnęła dziecko do piersi, podtrzymując jego głowę jedną ręką, i pobiegła w stronę szpitala.
Każdy krok palił jej stopy, mundurek przyklejał się do spoconego ciała, a dłonie piekły od drobnych ran. Dziecko ważyło więcej, niż się spodziewała, a po trzeciej przecznicy brakowało jej boleśnie powietrza. Ale nie przestała.
—Czekaj, proszę, czekaj… —powtarzała między zdyszanymi westchnieniami. —Już niedaleko.
Samochód zwolnił obok niej. Kierowca, mężczyzna w średnim wieku, opuMężczyzna otworzył drzwi i bez słowa wskazał jej miejsce obok, a Kasia, z bijącym sercem, wsiadła, tuląc dziecko i wiedząc, że od tej chwili jej życie już nigdy nie będzie takie samo.



