Katedra lśniła miękkim blaskiem świec, a w jej wnętrzu panowała absolutna cisza. Przemysław Nowak siedział w pierwszym rzędzie, jego twarz naznaczona była żalem, gdy chór kończył ostatnie nuty. Było to pożegnanie ojca z jedyną córką. Ceremonia, na którą żaden rodzic nie chce przyjść. Nagle ciszę rozerwał hałas ciężkich drzwi, które gwałtownie się otwarły, a do środka wpadł wychudzony chłopak w ubraniu poplamionym błotem.
Potknął się, ale podniósł i ruszył prosto środkową alejką. Jego głos łamał się, gdy krzyczał, każde słowo drżało od pośpiechu.
—Zatrzymajcie pogrzeb! Pańska córka żyje!
Fala szeptów przeszła przez tłum. Niektórzy cofnęli się, inni patrzyli na niego z pogardą, jakby przyszedł tylko po to, by siać zamęt. Przemysław wpatrywał się w niego, z oddechem zawieszonym w piersi. Chłopak dopadł do trumny i upadł na kolana, kładąc dłonie na wypolerowanym drewnie.
—Nazywam się Kacper Wilk — powiedział, łapiąc powietrze. — Wiem, co się stało z Zofią. Widziałem prawdę. Ona nie odeszła.
Ochrona ruszyła w jego stronę, ale Przemysław powoli uniósł dłoń.
—Niech mówi.
Kacper przełknął ślinę, a jego głos stał się bardziej pewny.
—Byłem tamtej nocy za klubem. Widziałem, jak jakiś mężczyzna wciągał ją w alejkę. Dał jej zastrzyk. Myślałem, że pomaga, dopóki nie zobaczyłem, jak jej ciało obwisło. Żyła, ale ledwo oddychała. Zostawił ją na bruku, bo myślał, że nikt nie patrzy.
W sali znów rozległy się szepty. Przemysław poczuł, jak lodowaty strach ściska mu serce.
Kacper mówił dalej.
—Próbowałem ją obudzić. Krzyczałem jej imię, wołałem o pomoc, ale nikt nie przychodzi do mojej dzielnicy. Ludzie ignorują krzyki z ulicy. Zostałem z nią, dopóki nie uznałem, że jest stabilna. Potem dopiero po kilku godzinach przyszła policja i stwierdziła, że nie żyje. Pomylili się.
Przemysław zrobił krok, potem drugi, aż stanął tuż przed chłopakiem.
—Dlaczego czekałeś do dziś, żeby to powiedzieć?
Kacper spuścił wzrok.
—Nikt nie słucha bezdomnego. Próbowałem mówić z funkcjonariuszami, ale mnie odsunęli. Dopiero gdy usłyszałem o pogrzebie, zrozumiałem, że nie mogę pozwolić, żeby ją pochowali, skoro jeszcze oddycha.
Słowa spadły na Przemysława jak kamienie. Od tygodni czuł, że coś w przyczynie śmierci Zofii mu nie pasuje. Że zabrano ją za wcześnie. Teraz ta nitka zaczynała się rozplątywać.
—Otwórzcie — powiedział cicho.
Podniósł wieko trumny. Światło wpadło do środka, a Przemysław nachylił się, spodziewając się chłodu śmierci. Zamiast tego poczuł ciepło pod opuszkami palców. Ciepło, którego tam nie powinno być.
—Jest ciepła — szepnął.
Przyłożył palec do jej szyi. Tam, ledwo wyczuwalne, ale niepodważalne, było tętno.
—Wezwijcie lekarza. Natychmiast.
Goście wybuchli chaosem. Lekarz, który był na ceremonii, przecisnął się i sam sprawdził. Otworzył szeroko oczy.
—Ma puls. Słaby, ale jest. Trzeba ją natychmiast zabrać do szpitala.
Gdy ratownicy wynosili Zofię na noszach, Przemysław odwrócił się do Kacpra. Chłopak wyglądał, jakby spodziewał się, że ochrona go wyrzuci.
—Ty idziesz ze mną — powiedział Przemysław.
Kacper zesztywniał.
—Nie zrobiłem nic złego.
—Przyszedłeś, bo ci na niej zależało. To wystarczy.
Pojechali za karetką do szpitala. Godziny mijały. Przemysław chodził nerwowo po korytarzu. Kacper stał w milczeniu, zaciskając dłonie, jakby bał się naruszać żałobę bogacza. W końcu podszedł do nich lekarz w białym fartuchu.
—Jest stabilna — oznajmił. — Pańska córka została wprowadzona w sztuczną śpiączkę przez nieznany środek. Jej stan źle zinterpretowano. Ten chłopak uratował jej życie, mówiąc prawdę.
Przemysław spojrzał na Kacpra z niedowierzaniem i wdzięcznością.
—Powiedz mi więcej o tym mężczyźnie — poprosił.
Kacper skinął głową.
—Miał ciemny płaszcz. Bliznę nad brwią. Wciągnął ją do srebrnego vana. Zapamiętałem numer rejestracyjny. Robię to, żeby przeżyć.
Przemysław wstrzymał oddech.
—Jaki był numer?
Kacper wymienił go bez wahania.
Przemysława oślepiła zdrada. Znał ten numer. Należał do Marka Kozłowskiego. Jego wieloletniego wspólnika. Doradcy. Człowieka, który nalegał, by pogrzeb odbył się szybko, by uniknąć rozgłosu.
Następnego ranka Przemysław siedział przy łóżku Zofii. Jej twarz była spokojna. Kacper stał cicho przy drzwiach.
—Kacprze — odezwał się Przemysław. — Pomóż mi go zniszczyć?
Chłopak skinął bez wahania.
—Dla niej. Tak.
Śledczy dotarli w ciągu godzin. Sprawdzili nagrania z klubu i znaleźZnaleźli dowody, że Marek Kozłowski chciał przejąć udziały Przemysława, a teraz, gdy prawda wyszła na jaw, Kacper znalazł nie tylko sprawiedliwość, ale i nową rodzinę.



