Nie spodziewał się tego, co zobaczył na podłodze w kuchniZamarł w bezruchu, widząc, jak sprzątaczka układa na ziemi drobne przedmioty, które zniknęły z domu tygodnie wcześniej.5 min czytania.

Dzielić

Było już prawie południe, gdy samochód pana Kowalskiego zatrzymał się w podjeździe – wcześniej niż zwykle, wcześniej niż się spodziewał.

Zwykle nie wracał na obiad. Jego dni były wypełnione po brzegi – spotkania, telefony, decyzje, od których zależał los setek pracowników. Dom był dla niego tylko miejscem, gdzie się przesypiało noc i zmieniało garnitury między jednym obowiązkiem a drugim.

Ale tego dnia jedno z posiedzeń zostało odwołane w ostatniej chwili. I z powodów, których sam nie potrafił wytłumaczyć, poczuł nagłą potrzebę, by wrócić do domu.

Może to było zmęczenie, które nosił w sobie od miesięcy.
Może poczucie winy.
A może nic szczególnego.

Otworzył drzwi wejściowe i wszedł do znajomej ciszy. W powietrzu unosił się delikatny zapach cytrynowego środka do czyszczenia – subtelny, świeży, niemal kojący.

– Halo? – zawołał, rozluźniając krawat.

Żadnej odpowiedzi.

Założył, że Krystyna, sprzątaczka, jest w jednym z tylnych pokoi. Pracowała dla jego rodziny od niemal roku – obowiązkowa, cicha, niewidoczna, jak to często bywa z pomocą domową. Ledwo coś o niej wiedział poza imieniem i faktem, że zawsze przychodziła wcześniej i wychodziła później.

Skierował się w stronę kuchni.

I wtedy się zatrzymał.

Na podłodze klęczała Krystyna.

Wózek ze środkami czystości stał porzucony w kącie. Mopa oparto bezładnie o szafkę. Nie myła podłóg. Nie układała rzeczy. Nie robiła nic z tego, za co ją płacił.

Modliła się.

Dłonie miała złożone, głowę pochyloną, oczy zamknięte.

Przed nią, na małym kocyku, siedziały dwie dziewczynki – bliźniaczki, nie starsze niż dwa lata. Ich włoski były starannie uczesane, sukienki czyste, ale widocznie już noszone. Obie trzymały rączki złożone tak jak Krystyna, a ich małe twarze były skupione z tą powagą, jaką mają tylko dzieci naśladujące coś świętego.

Przed każdą leżał mały talerzyk.

Nie z obiadem.
Tylko kilka kawałków owoców.

I one się nad tym modliły.

Pan Kowalski zastygł w drzwiach.

Poczuł się jak intruz we własnym domu.

Przez chwilę nikt go nie zauważył. W domu panowała taka cisza, że słyszał ciche buczenie lodówki i ledwo wyczuwalny oddech Krystyny, gdy szeptała słowa, których nie mógł zrozumieć.

Wtedy jedna z dziewczynek otworzyła oczy.

Spojrzała w górę – i zobaczyła go.

Natychmiast opuściła rączki. Jej twarz zbladła.

– Mamo… – szepnęła, ciągnąc Krystynę za rękaw.

Kobieta otworzyła oczy.

Odwróciła się.

A gdy zobaczyła go stojącego w drzwiach, cała jej postać zesztywniała.

– Proszę pana… – wyjąkała, zrywając się na nogi. – Tak mi przykro… Nie słyszałam, że pan wrócił. Wiem, że to wygląda…

Urwała, spuszczając wzrok.

– Zaraz tu posprzątam – powiedziała szybko, sięgając po talerzyki. – Nie powinnam była… Proszę, mogę wytłumaczyć…

– Stój – powiedział pan Kowalski.

Słowo wypadło ostrzej, niż zamierzał.

Krystyna zastygła.

Bliźniaczki wpatrywały się w niego szeroko otwartymi oczami, nieruchome.

– Co… robiłyście? – zapytał ciszej.

Krystyna przełknęła ślinę. Przez moment wyglądało, jakby miała się rozpłakać.

– Dziękowałyśmy – odparła cicho.

– Za jedzenie.

Pan Kowalski znów spojrzał na talerzyki. Na te maleńkie porcje. Na to, jak dzieci instynktownie przysunęły się bliżej matki.

– To… wasz obiad? – zapytał.

Krystyna zawahała się. W końcu skinęła głową.

– Zabieram je ze sobą – wyjaśniła. – Nie stać mnie na żłobek. Nie chciałam zostawiać ich samych.

Teraz dopiero zauważył, jak szczupła jest. Jak zmęczona. Cienie pod oczami, których wcześniej nie widział.

– I tylko tyle jedzą? – spytał.

Wzruszyła ramionami w niemym geście bezradności.

– Wystarczy – powiedziała. – Nie narzekają.

Jedna z dziewczynek pokręciła głową, jakby się nie zgadzała – ale milczała.

Coś w panu Kowalskim pękło.

Posiadał trzy domy. Wyrzucał więcej jedzenia w tydzień niż niektórzy zużywali przez miesiąc. Jego lodówka była tak zapełniona, że połowa produktów zdążyła się zepsuć, zanim ktokolwiek po nie sięgnął.

A tu, na podłodze jego kuchni, dwie malutkie dziewczynki dziękowały Bogu za garść owoców.

– Kiedy ostatnio zjadłyście porządny posiłek? – zapytał.

Krystyna nie odpowiedziała.

To wystarczyło za odpowiedź.

– Usiądźcie – powiedział.

– Proszę pana? – wyjąkała.

– Usiądźcie – powtórzył. – Wszyscy.

Zawahała się, w jej oczach pojawił się strach. Pracownicy nie siadali. Nie tak. Nie w jego domu.

Ale coś w jego wyrazie twarzy sprawiło, że usłuchała.

Podszedł do lodówki, otworzył ją i spojrzał.

Jajka. Mleko. Świeży chleb. Resztki z kolacji, których nawet nie pamiętał.

Zaczął wyjmować jedzenie.

– Proszę pana, nie musi pan… – zaczęła Krystyna.

– Muszę – odparł.

Gotował nieporadnie, jak ktoś, kto dawno tego nie robił. Jajecznica. Tosty. Owoce. Więcej niż owoce.

Dziewczynki patrzyły na niego jak na magika.

Gdy postawił przed nimi talerze, ich oczy rozbłysły.

– Dla nas? – spytała jedna.

– Tak – powiedział, przełykając ślinę. – Dla was.

Nie kazały sobie dwa razy powtarzać.

Krystyna zakryła usta dłonią.

– Nie wiem, jak panu podziękować – wyszeptała.

– Już to zrobiłaś – odparł. – Tylko wcześniej tego nie zauważyłem.

Jedli w ciszy. Nie w pustej – lecz pełnej rzeczy niewypowiedzianych.

W końcu Krystyna odezwała się.

– Mój mąż zmarł w zeszłym roku – powiedziała cicho. – Zostałyśmy same. Robię, co mogę.

Pan Kowalski skinął głową.

– Też kogoś straciłem – przyznał. – Dawno temu. Zakopałem się w pracy, żeby tego nie czuć.

Spojrzał na dziewczynki, z okruszkami na policzkach i radością wI od tamtej pory każdego ranka zostawiał w kuchni dodatkowy talerz, bo zrozumiał, że prawdziwe bogactwo mierzy się nie kontem w banku, ale pełnymi brzuszkami tych, których się kocha.

Leave a Comment