Wezwanie na moją ostatnią misję przyszło szybciej, niż się spodziewałam.
Chwilę wcześniej przeglądałam raport bezpieczeństwa w sali operacyjnej za granicą.
Następna chwila – pakowałam już swój wojskowy plecak.
Czterdzieści lat w mundurze nauczyło mnie działać szybko.
Ale tym razem było inaczej.
Nie opuszczałam tylko bazy.
Zostawiałam całe życie, które poświęciłam na ochronę kraju, niosąc je teraz w kieszeni płaszcza.
Ciężar kieszonkowego zegarka po ojcu przygniatał mnie.
Dał mi go przed pierwszym wyjazdem na misję, mówiąc: „Zawsze wracaj do domu”.
Wracałam – raz za razem.
Ale tym razem powrót nie był planowany.
Nikomu nie powiedziałam, nawet mojemu synowi.
Nocny lot do Warszawy zleciał w szumie silników i niepokojących myśli.
Przez okno samolotu widziałam cienką linię świtu rozciągającą się nad Bałtykiem.
Zastanawiałam się, czy Bartek będzie w pracy, czy jeszcze śpi, gdy zapukam do jego drzwi.
Przypomniałam sobie jego uśmiech – ten sposób, w jaki mrużył oczy, gdy się śmiał.
To wystarczyło, by przetrwać turbulencje.
Gdy wylądowałam, letni żar otulił mnie jak ciężki koc.
Taksówkarz wrzucił mój plecak bez słowa.
„Sopot”, powiedziałam, podając adres Bartka.
Gdy skręcaliśmy na autostradę, sosny kołysały się w wilgotnym powietrzu.
Starałam się ignorować ucisk w piersi.
Ostatnio mało rozmawialiśmy – przez mój grafik, jego życie.
Ale wierzyłam, że zawsze możemy wrócić tam, gdzie przerwaliśmy.
Gdy taksówka wjechała w jego ulicę, coś we mnie się przesunęło.
Trawa przed jego domem była przerośnięta.
Skrzynka na listy wypchana po brzegi.
Żaluzje szczelnie zamknięte przed słońcem.
To nie wyglądało na dom.
Wyglądało na opuszczone.
Wysiadłam, gorąco gryząc mnie w kark, i sięgnęłam do drzwi, gdy usłyszałam znajomy głos zza ulicy.
Pani Kowalska, sąsiadka Bartka od lat, stała z konewką w dłoni, jej twarz była blada.
„Agnieszko”, powiedziała, podchodząc szybko. „Nie wiesz… jeszcze nie wiesz.”
Mój głos był spokojny, ale palce zacisnęły się wokół zegarka.
„Co się stało?”
„Bartek od dwóch tygodni jest na OIOM-ie. Zabrali go karetką w środku nocy. A Kasia…” zawahała się, odwracając wzrok. „Ona jest na jachcie w Międzyzdrojach. Wrzuca zdjęcia na Facebooka.”
Powietrze wokół mnie zgęstniało, jej słowa opadły jak ołów w piersi.
Nie pamiętam drogi do Szpitala Wojewódzkiego.
Byłam na podwórku Bartka – i nagle przepychałam się przez szklane drzwi szpitala, z tętnem bijącym w skroniach.
W środku powietrze było ostre od środków dezynfekujących – tych, które wsiąkają w ubrania na długo po wyjściu.
Podając swoje nazwisko i jego przy recepcji, zauważyłam błysk rozpoznania w oczach pielęgniarki.
Wskazała mi OIOM.
Piąte piętro.
Pokój 512.
Wjechałam windą, ściskając zegarek ojca tak mocno, że metal wżerał mi się w dłoń.
Korytarz był cichy, tylko monotonne dźwięki monitorów.
Gdy weszłam do pokoju Bartka, dźwięk stał się głośniejszy.
Nieunikniony.
Mój syn leżał na łóżku, jego skóra była blada, a ciało wiotkie pod szpitalną koszulą.
Rurki i przewody oplatały go jak okrutna mapa.
Mężczyzna w białym kitlu odwrócił się od monitora.
„Jestem doktor Marek Wiśniewski”, powiedział, jego głos cichy, ale stanowczy. „Pański syn ma zaawansowanego raka żołądka. Gdybyśmy wykryli to wcześniej, byłoby więcej czasu. Leży tu od dwóch tygodni. Bez odwiedzin.”
Słowa brzmiały nierealnie, jakby należały do czyjegoś innego życia.
Podeszłam bliżej, dotykając grzbietu jego dłoni.
Skóra była chłodna, żyły delikatne pod moimi palcami.
Jego powieki drgnęły.
Powoli otworzył oczy i zobaczyłam te same piwne oczy, które pamiętałam z czasów, gdy jako chłopiec grał w piłkę.
„Kocham cię, mamo”, wyszeptał, jego głos ledwo słyszalny.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, monotonny dźwięk monitora zmienił się w jeden długi sygnał.
Pielęgniarki wbiegły, a doktor Wiśniewski wyprowadził mnie na korytarz.
Stałam jak sparaliżowana, słysząc komendy, szuranie butów, uderzenia dłoni w jego klatkę.
Minuty później drzwi się otworzyły.
Lekarz wyszedł, jego twarz była ciężka.
„Przykro mi. Zrobiliśmy, co w naszej mocy.”
Zegarek w mojej dłoni wydał się cięższy niż kiedykolwiek.
Myślałam tylko, że wróciłam za późno.



