Niesprawiedliwość odpłacona przez motocyklistówMotocykliści postawili go przed sądem, a ja wreszcie odzyskałam spokój.3 min czytania.

Dzielić

Motocykliści znaleźli mnie, gdy chowałam się pod mostem z moim dzieckiem, i nie odjechali, dopóki nie powiedziałam im, kto to mi zrobił.

Pięciu ogromnych mężczyzn w skórzanych kurtkach otoczyło karton, w którym mieszkałam od trzech tygodni. Kiedy zobaczyli moją dwumiesięczną córeczkę owiniętą w brudną kurtkę, największy z nich rozpłakał się.

Mam na imię Alicja i mam szesnaście lat. A może miałam szesnaście, gdy to się wydarzyło. Teraz jestem już siedemnastolatką. Wtedy jednak byłam nastoletnią matką, żyjącą pod wiaduktem w listopadzie, z noworodkiem i siedemnastoma złotymi w kieszeni.

Uciekłam z domu zastępczego, gdy byłam w siódmym miesiącu ciąży. Mój opiekun dowiedział się, że jestem w ciąży, i dał mi dwa wyjścia: aborcja albo wynocha.

Odmówiłam aborcji. Więc wyrzucił mnie. Dosłownie – wrzucił moje rzeczy do worka na śmieci i kazał się więcej nie pojawiać.

Nikt mi nie uwierzył, gdy próbowałam wyjaśnić, skąd ta ciąża. Że mój opiekun gwałcił mnie od czternastego roku życia. Że dziecko jest jego. Że nie miałam dokąd pójść.

Opieka społeczna uznała, że kłamię, żeby uniknąć odpowiedzialności za „chodzenie z chłopakami”. Moja pracownica socjalna stwierdziła, że to fałszywe oskarżenia, bo jestem zła za kary. Policja powiedziała, że nie ma dowodów, a ja mam „problemy wychowawcze”.

Więc żyłam na ulicy. Siedem miesięcy ciąży, potem osiem, potem dziewięć. Spałam w parkach, na dworcach i pod mostami. Jadłam ze śmietników. Kradłam jedzenie, gdy musiałam.

Urodziłam córkę w toalecie na stacji benzynowej o trzeciej nad ranem we wtorek. Sama. Bez lekarza. Bez znieczulenia. Tylko ja, strach i ból. Gryzłam kurtkę, żeby nie krzyczeć. Przyjęłam ją sama. Przepiłowałam pępowinę nożem skradzionym w sklepie.

Dałam jej na imię Nadzieja. Bo tylko to mi zostało.

Przez dwa miesiące utrzymywałam ją przy życiu. Nie wiem jak. Karmiłam, choć sama umierałam z głodu. Trzymałam ją w cieple, gdy marzłam. Broniłam przed mężczyznami, którzy przychodzili nocą szukać bezbronnych dziewczyn.

Ale umierałam. Wiedziałam to. Krwawiłam za mocno. Krwawienie nie ustawało od porodu. Słabłam z dnia na dzień. Ledwo stałam. Wiedziałam, że jeśli nie dostanę pomocy, Nadzieja też umrze. Bo ja umrę pierwsza, a ona umrze z głodu.

Myślałam, jak ją oddać. Gdzie zostawić, by ktoś ją znalazł i zaopiekował się nią. Szpital. Straż pożarna. Gś, gdzie będzie miała szansę.

To planowałam tamtego ranka, gdy znaleźli nas motocykliści.

Najpierw usłyszałam silniki. Warkot odbijający się echem pod mostem. Chwyciłam Nadzieję i wcisnęłam się głębiej w karton, próbując się ukryć. Mężczyźni na motocyklach znaczyli niebezpieczeństwo. Znaczyli, że mogą mnie skrzywdzić. Zabrać dziecko.

Ale nie odjechali. Silniki zgasły. Słyszałam buty na żwirze. Głębokie głosy.

„Ktoś tu mieszka.”
„Tak, i to niedawno. Spójrz na te śmieci – opakowania z wczoraj.”
„Halo? Jest ktoś? Nie skrzywdzimy cię. Sprawdzamy tylko teren.”

Milczałam. Ściskałam Nadzieję. Zaczęła popłakiwać, przycisnęłam ją mocno do piersi, modląc się, by nie płakała.

„Słyszę dziecko.”

Serce zamarło mi w piersi.

Ciężkie kroki zbliżały się. Zamknęłam oczy. To był koniec. Zabiorą Nadzieję. Albo coś gorszego.

„Jezu ChrzMotocykliści nie tylko uratowali nam życie, ale także pokazali, że nawet w najciemniejszą noc można znaleźć światło, jeśli tylko ktoś się zatrzyma i wyciągnie rękę.

Leave a Comment