Zofia Nowak obserwowała, jak para unosi się nad jej filiżanką herbaty, udając, że fascynuje ją sposób, w jaki spodek łapie światło. Kawiarnia przy ulicy Miodowej była jednym z tych miejsc z francuskim klimatem – wiklinowe krzesła, lawenda w doniczkach. Wybrała ją, bo czuła się odważnie, zajmując to małe, zwyczajne pięknie w środku wtorkowego popołudnia. Mając trzydzieści dwa lata, nauczyła się, że odwaga wygląda teraz inaczej – to drobne gesty, starannie wyszywane ściegi pewności siebie, które zszywały życie niepasujące już do mapy, którą kiedyś zaplanowała.
Była piętnaście minut przed czasem, a to wydawało się jej śmieszne: ulubiona beżowa sukienka (ta, w której czuła się jak kobieta sprzed wypadku), delikatna czerwień szminki, która sprawiała, że wciąż była właścicielką twarzy, które mogła nosić, włosy spięte w niedbały kok, co wymagało więcej odwagi, niż powinno. Siedziała na wózku przy stoliku najbliżej chodnika, ze złożonymi dłońmi na kolanach, wypatrując tego mężczyzny, którego profil wydał się jej wiarygodny i życzliwy w wiadomościach – Krzysztof, który pytał o jej prace graficzne i wystawę, o której wspomniała, który nie robił zamieszania wokół wózka, gdy pisali.
Zobaczyła go dokładnie o umówionej godzinie po drugiej stronie ulicy. Zatrzymał się, rozejrzał, a gdy jego wzrok padł na jej wózek, twarz zamknęła się jak drzwi. Przez chwilę patrzyła, jakby obserwowała kogoś innego. Mężczyzna szybko coś napisał, a jej telefon zadrżał: „Przepraszam, coś wypadło. Nie mogę przyjść. Powodzenia.”
Usta stały się suche. Siedziała nieruchomo, jakby ciało, które dotąd ją niosło, mogło unieść jeszcze jedno rozczarowanie bez rozpadnięcia się. Poczuła starszy, dobrze znany ból: redukcję. Nie Zofia, osoba z całym zestawem złych nawyków kawowych i cichym śmiechem, tylko wózek i historia, która sprawiała, że inni odchodzili.
Zastanawiała się, czy wyjść, dla godności. Dopij herbatę przy stoliku – powiedziała sobie, jakby niedopita filiżanka mogła załatać dumę. Mrugnęła, powstrzymując łzy, i wyjęła szkicownik z torby, udając, że rysuje. Jej dłonie drżały na tyle, że linie rozmyły się w akwarelową mapę.
Wtedy mały głos wkradł się w scenę jak ktoś wysypujący słoik gwiazd na chodnik.
„Cześć,” powiedziała dziewczynka, poważna, jakby zatrzymała się w pół zdania, by przemyśleć słowa. Miała blond warkoczyki związane czerwonymi wstążkami i pluszowego jednorożca przycisniętego do piersi, jeden but rozwiązał się. Jej niebieskie oczy były ogromne od ciekawości. „Dlaczego jesteś smutna?”
Zofia przetarła oczy grzbietem dłoni i uśmiechnęła się z wyćwiczoną życzliwością, którą zachowywała dla dzieci i psów. „Wszystko w porządku, kochanie,” powiedziała. „Zgubiłaś się? Gdzie jest twój…”
„Tata tam stoi,” odparła dziewczynka, wskazując lepkim palcem. Mężczyzna podszedł szybko, płaszcz łopocząc, jakby biegł załatwić sprawy i został spowolniony przez ciężar świata. Miał koło czterdziestki – przystojny, ale nie w sposób, który krzyczy; raczej taki, który cicho wypełnia pokój spokojem. Miał w sobie coś z osoby przyzwyczajonej, że się go słucha, tę CEO-owską pewność siebie, która pochodzi z odpowiedzialności za więcej niż własny lunch.
„Hania,” powiedział łagodnie, ale jego oczy złagodniały, gdy spojrzał na Zofię. Zauważył ślady łez na jej twarzy, pusty fotel naprzeciwko, i coś w jego surowej linii ustąpiło.
„Przepraszam, jeśli cię przestraszyła. Ma zwyczaj uciekać, gdy nie patrzę.” Spojrzał na jednorożca. „To Błysk? Przymusiła córkę, żeby nazwała każdego pluszaka końcówką ‘-ysk’ w zeszłym tygodniu.”
„Błysk,” potwierdziła Hania, a potem, z powagą sędziego, zadała pytanie, które dorosłych przyprawia o dreszcze: „Dlaczego masz kółka?”
Twarz ojca ściemniała w uprzejmym upomnieniu. „Haniu, to niegrzeczne…”
Zofia przerwała. „W porządku, naprawdę. Niech pyta.” Złożyła dłonie wokół pluszaka, który dziewczynka podała jej jak ofiarę. Zabawka była wytarta na brzegach i pachniała lekko bananowym kremem do opalania. Zofia uśmiechnęła się do dziewczynki; ten uśmiech pojawił się jak małe słońce.
„Miałam wypadek,” powiedziała. „Moje nogi nie działają jak twoje, więc używam tego wózka, żeby się przemieszczać. To pomaga, tak jak twój tata jeździ samochodem zamiast wszędzie chodzić.”
Hania skinęła głową, jakby logika świata została przywrócona. „Mogę z tobą posiedzieć? Wyglądasz na samotną.”
Zofia zaśmiała się cicho i szczerze. „Właściwie to bardzo by mi się przydało towarzystwo – jeśli tata się zgodzi.”
Mężczyzna zastanowił się przez chwilę. „Dobrze,” powiedział i usiadł, nie odrywając od nie wzroku. „Przyniosę kawę, a ty opowiesz mi wszystko o Błysku,” powiedział Hani, a ta wskoczyła na krzesło, które opuścił Krzysztof, stawiając jednorożca między nimi jak wyznaczając granice.
„Tata jest Adam,” przedstawił się, gdy wrócił z dwiema kawami i kartonikiem soku dla Hani, który przyjęła z namaszczeniem skarbu. „Adam Kowalski.”
„Zofia Nowak,” odparła, zawstydzona wilgocią wokół oczu. Nigdy nie lubiła litości; to słowo wydawało się jak piasek w ustach.
Rozmawiali, bo – czasami tak bywa – słowa łatwiej płyną między obcymi niż między ludźmi, od których już wszystkiego się oczekuje. Adam zadawał delikatne pytania o jej pracę graficzną, o to, jak pracuje w domu i jakich klientów preferuje. Nie pytał natrętnie o wypadek; pozwolił jej opowiedzieć tę historię na jej warunkach, a gdy mówiła o samochodzie, karetce i miesiącach rehabilitacji, słuchał tak, jak słucha się, gdy nie wymyśla się problemu do rozwiązania.
Gdy mała rękawa Hani narysowała szczerą kreskę na serwetce, oznajmiła stanowczo: „Błysk sprawia, że ludzie są szczęśliwi, gdy są smutni. Chcesz go potrzymać?” Położyła jednorożca na kolanach Zofii jakZofia przytuliła Błyska i pomyślała, że czasem największe szczęście przychodzi przez otwarte drzwi, które ktoś inny uznał za zamknięte.



