Ostatni dar sąsiada uleczył moje nogi. Teraz znam jego przerażającą cenę.5 min czytania.

Dzielić

**Rozdział 1: Zepsuta winda**

Deszcz w Warszawie nie zmywa brudu; tylko czyni go bardziej śliskim. Takie myśli kotłowały się w mojej głowie, gdy wpatrywałem się w kartkę „Awaria” przyklejoną taśmą do wypolerowanych drzwi windy. Napis flamastrem na odwrocie ulotki od pizzerii. To już trzeci raz w tym miesiącu.

Siedziałem, ściskając obręcze wózka, czując, jak wilgoć z holu wsiąka w bezwładne nogi. Nazywam się Marek Kowalski. Trzy lata temu byłem brygadzistą na budowie wieżowca, pomagałem zmieniać oblicze tego miasta. Miałem metr osiemdziesiąt pięć, sto kilo mięśni i żonę, której śmiech brzmiał jak dzwony w niedzielny poranek.

A potem był pijany kierowca na Trasie Łazienkowskiej. Teraz Kasia spoczywa pod ziemią, a ja w tym wózku, żyjąc z renty w budynku, gdzie kaloryfery nocą stukają jak strzały.

— Cholera — warknąłem, uderzając dłonią w podłokietnik.

Echo odbiło się od pożółkłych płytek. Miałem dwa wyjścia: czekać na administratora, Jacka, który śmierdział wódką i obojętnością, albo wlec się po schodach na trzeci piętro, ciągnąc za sobą wózek. To było upokarzające. Bolesne. Ale takie już było moje życie.

— Znowu się pan złości?

Głos dobiegł z cienia pod klatką schodową.

Odwróciłem wózek. To był chłopiec. Leon.

Mieszkał w mieszkaniu 3B, naprzeciwko mnie. Nie wiedziałem o nim wiele, poza tym, że nigdy nie widziałem jego rodziców. Był „klucznikiem”, może dziesięcioletnim, chudym jak patyk. Zawsze nosił tę samą za dużą bluzę z kapturem, z wytartymi rękawami.

— Nie złoszczę się, Leon — skłamałem, ochrypłym głosem. — Tylko zmęczony. Windę znowu zepsuli.

Leon wyszedł z cienia. Wyglądał gorzej niż zwykle. Jego skóra miała woskową, przeźroczystą barwę, jak stary pergamin. Pod oczami cienie, fioletowe i głębokie. Trząsł się, mimo że miał na sobie warstwy ubrań.

— Jacek nie naprawi jej przed wtorkiem — powiedział Leon, zbliżając się. — Ogląda mecz.

— Wtorek — mruknąłem. — Wspaniale.

Spojrzałem na schody. Czuli się jak Góra Kościeliska.

— Mogę panu pomóc — odezwał się Leon.

Omal nie parsknąłem śmiechem. Chłopiec wyglądał, jakby podmuch wiatru mógł go przewrócić. — Dzięki, skaut, ale chyba nie masz w tej bluzie odrzutowych butów.

Leon się nie uśmiechnął. Nigdy się nie uśmiechał. Patrzył na mnie tymi dziwnie jasnymi oczami. Były szare, ale nie matowe — wirowały, jak dym uwięziony w szkle.

— Nie chodzi o noszenie pana — powiedział cicho. Siegnął do kieszeni. — Chodzi o to… że mogę pana naprawić.

— Wiesz, jak naprawić windę?

— Nie — odparł. — Ale mogę naprawić pana.

Powietrze w holu zdawało się gęstnieć. Hum lodówki w kącie nagle umilkł. Przez chwilę słychać było tylko deszcz uderzający o drzwi wejściowe.

— O czym mówisz, chłopcze? — spytałem ostrzej, niż zamierzałem.

Leon podszedł bliżej. Wyciągnął dłoń z kieszeni. Ściskał coś w pięści.

— Moja babcia — zaczął, głos mu drżał — znała stare rzeczy. Mówiła, że świat to waga. Coś bierzesz, coś oddajesz.

— Leon, marznę. Jeśli chcesz opowiedzieć mi historię o duchach, zostaw to na Halloween.

— To nie jest historia — upierał się. Otworzył dłoń.

W jego małej, bladej dłoni leżał pieniądz. Ale nie złotówka ani grosz. Był ciężki, ciemnosrebrny, niemal czarny w zagłębieniach. Nie był idealnie okrągły — wyglądał, jakby został wybity ręcznie. Na powierzchni widniały znaki, których nie rozpoznawałem — spirale i zygzale, jak uderzenia pioruna.

— Dała mi to przed śmiercią — szepnął Leon. — Nazywała to Ostatnim Szczęściem. Mówiła, że każdy rodzi się z garncem szczęścia. Większość je zlewa. Niektórzy… mają je skradzione.

Spojrzał na moje sparaliżowane nogi.

— Panu je skradli, panie Marku.

Poczuliśmy gulek w gardle. Nienawidziłem litości. Zwłaszcza od dzieci. — Schowaj to, Leon.

— Mam jeszcze trochę — powiedział, ignorując mnie. — Oszczędzałem. Nie wiedziałem, na co. Myślałem, żeby mama wróciła, ale… ona nie wróci.

Wziął nierówny oddech.

— Chcę, żeby pan to miał.

**Rozdział 2: Wymiana**

Wpatrywałem się w monetę. Zdawała się pochłaniać światło zamiast je odbijać.

— Leon, przestań — powiedziałem. — Nie mogę wziąć twojego talizmanu. Kup sobie słodycze.

— To nie kupuje słodyczy! — krzyknął, głos mu się załamał. Pierwszy raz go tak słyszałem. Wyglądał na zdesperowanego, łzy w tych dymnych oczach. — To kupuje szanse. Kupuje czas.

Wysunął dłoń do przodu, podsuwając mi monetę.

— Już jej nie potrzebuję — szepnął. — Jestem… jestem zbyt zmęczony, panie Marku. Ale pan… pan był silny. Pamiętam.

— Pamiętasz?

— Widziałem pana — odparł. — Zanim wypadek. Jak pan się wprowadzał. Pan niósł kanapę sam po schodach. Wyglądał pan jak gigant. Chcę, żeby gigant wrócił.

Coś we mnie pękło. Może to było zmęczenie. Może beznadzieja wpatrywania się w te schody. A może spojrzenie chłopca — absolutna, przerażająca pewność.

— Jeśli to wezmę — powiedziałem ochrypłym głosem — pachniesz do łóżka? Wyglądasz na chorego.

Skinął. — Obiecuję.

— Dobrze. — Wyciągnąłem dłoń. — Daj.

Leon zawahał się na ułamek sekundy. Jego palce drżały. Spojrzał na monetę ostatni raz, z tęsknotą i strachem, po czym upuścił mi ją w dłoń.

Reakcja była natychmiastowa.

Nie tylko zimno. Lodowate. Jakbym złapał kawał suchego lodu. Porażenie prądem, niebieskie i gwałtowne, przeszło od metalu w skórę. Wstrząsnąłem ręką.

— Jezu! — krzyknąłem, prawie upuszczając monetę.

ZaciśniętąWziąłem głęboki oddech, zamknąłem oczy i pociągnąłem Leona za sobą w stronę Kasi, wiedząc, że teraz, gdy dług został spłacony, w końcu możemy być wolni.

Leave a Comment