Rozdział 1: Alarm
Powietrze w sali gimnastycznej Szkoły Podstawowej im. Marii Skłodowskiej-Curie było gęste jak zupa. Mieszanina pasty do podłóg, dziecięcych hormonów i charakterystycznego gorąca, które wytwarzało się, gdy trzystu uczniów stłoczyło się w jednym miejscu.
Otarłem kroplę potu z czoła, poprawiając ciężką kamizelkę kuloodporną, która zdawała się kurczyć z każdą upływającą minutą.
„Dzieciaki, uspokójcie się!”
Mój głos rozbrzmiał przez system nagłośnienia, odbijając się od metalowych belek na suficie. Hałaśliwy tłum dzieci z trzecich, czwartych i piątych klas ucichł.
„Jestem aspirant Kamil Nowak” – powiedziałem, wymieniając swój najczęściej używany podczas takich spotkań uśmiech. „A to…” – wskazałem na owczarka niemieckiego, który siedział sztywno jak posąg przy mojej nodze – „…to sierżant Borys.”
Borys zaszczekał głośno na komendę. Dzieci wybuchnęły śmiechem. Ręce poszybowały w górę, słychać było zachwycone „och” i „ach”.
Borys był piękny i doskonale o tym wiedział. Prawie czterdzieści kilogramów umięśnionej sylwetki w czarno-brązowej sierści, z oczami, które niczego nie przeoczyły, i lojalnością, której nie dało się kupić. Byliśmy partnerami od pięciu lat. Spał w moim salonie, jadł lepsze steki niż ja, i uratował mi życie więcej razy, niż chciałem pamiętać, na ponurych ulicach Łodzi.
Ale dziś jego zadanie było proste. Znaleźć „narkotyki” (wacik nasączony olejkiem zapachowym w płóciennej torbie), złapać faceta w stroju do treningu obrony (mojego kolegę, aspiranta Kowalskiego) i wyglądać bohatersko przed podatnikami z osiedla.
„Dobra” – powiedziałem, podnosząc dłoń. „Pokażemy wam, jak Borys wykorzystuje swój nos. Nos psa jest dziesięć tysięcy razy bardziej wrażliwy niż wasz. Jeśli zamówiłbym pizzę do tej sali, wy pewnie wyczulibyście pepperoni. Borys? On wyczuje oregano, mąkę i dokładnie to, czyje ręce dotykały ciasta.”
Śmiech. Dobrze. Byli skupieni.
„Schowałem worek zapachowy gdzieś na trybunach” – skłamałem. Tak naprawdę leżał za podium dyrektora – łatwe znalezisko, by podnieść pewność siebie dzieciaków. „Borys, szukaj.”
Puściłem smycz.
Zazwyczaj w tym momencie Borys zamieniał się w maszynę. Wchodził w tryb przeszukiwania, nos tuż nad podłogą, ogon wysoko, merdający z ekscytacji polowania.
Ale dziś coś poszło nie tak.
Borys zrobił dwa kroki w stronę podium, a potem zatrzymał się. Podniósł głowę, węsząc stojące powietrze. Jego uszy poruszyły się – w lewo, w prawo, a potem przywarły do głowy.
Nie spojrzał w stronę podium. Obrócił się całkowicie, patrząc na drugi koniec trybun, gdzie piątoklasiści siedzieli stłoczeni jak sardynki.
„Borys” – mruknąłem tak cicho, by mikrofon tego nie złapał. „Tu, chłopie.”
Zignorował mnie. To była pierwsza czerwona flaga. Borys nigdy mnie nie ignorował.
Zaczął iść. Nie szybkim, podekscytowanym truchtem charakterystycznym dla poszukiwania narkotyków. To był powolny, celowy krok. Jego ogon był nisko, lekko podwinięty. Nie śledził worka zapachowego. Śledził coś biologicznego. Coś… nie takiego.
Tłum ucichł, zdezorientowany zmianą energii. Dzieci uwielbiają chaos, ale wyczuwają napięcie lepiej, niż dorośli im przyznają. Patrzyły, jak duży pies mija śmiejące się dziewczynki w pierwszym rzędzie, hałaśliwych chłopców popychających się nawzajem.
Zatrzymał się na samym skraju trzeciego rzędu.
Siedział tam chłopiec, odizolowany kilkoma centymetrami pustej przestrzeni z każdej strony, jakby otaczało go niewidzialne pole siłowe.
Zauważyłem go wcześniej, głównie dlatego, że się wyróżniał. Był środek czerwca na Mazowszu. Na zewnątrz asfalt topił się od upału. W środku było ponad dwadzieścia pięć stopni. Wszystkie inne dzieci były w krótkich spodenkach i bluzkach.
Ten chłopiec miał na sobie ciemnoszary, za duży kaptur, zarzucony na sterczące, brudnoblond włosy. Był drobny jak na swój wiek, jego ramiona były przygarbione, jakby próbował zwinąć się w nic. Wpatrywał się w swoje adidasy, agresywnie unikając kontaktu wzrokowego ze światem.
Borys usiadł dokładnie przed nim.
„Eee, ludzie” – powiedziałem do mikrofonu, wymuszając śmiech. „Wygląda na to, że Borys znalazł przekąskę, która smakuje mu bardziej niż nasza pomoc szkoleniowa.”
Podszedłem biegiem, spodziewając się, że Borys oderwie wzrok i przyjdzie do mnie. „Borys! Do nogi!”
Owczarek niemiecki nawet się nie drgnął. Pochylił się do przodu i przycisnął mokry, zimny nos mocno do przedramienia chłopca.
Reakcja była natychmiastowa i gwałtowna.
Chłopiec się nie zaśmiał. Nie odsunął się z zaskoczenia. Szarpnął ręką z stłumionym okrzykiem, całe jego ciało zesztywniało. To nie była reakcja dziecka zaskoczonego przez psa. To była reakcja żołnierza rzucającego się do osłony.
I wtedy rozległ się dźwięk. Cichy, wibrujący skowyt wydobywający się z gardła Borysa. To nie było jego „znalazłem narkotyki” szczeknięcie. To był dźwięk, który wydawał, gdy wyczuwał burzę albo gdy miałem koszmar i musiał mnie obudzić.
To był dźwięk niepokoju.
Zamknąłem dystans w trzech krokach. „Hej, kolego” – powiedziałem, zachowując łagodny ton, wyłączając „Tryb Policjanta” i włączając „Tryb Taty”. „Przestraszył cię? Przykro mi. On jest przyjazny.”
Chłopiec nie patrzył na mnie. Drżał. Widać było, jak się trzęsie. Jego dłonie były głęboko schowane w kieszeni bluzy.
„W porządku” – wyszeptał chłopiec. Jego głos był ochrypły, jakby nie używał go od dni. „Proszę, zabierzcie go.”
Sięgnąłem po obrożę Borysa, ale gdy się schyliłem, uderzył mnie zapach.
Pod zapachem stęchłego potu i pasty do podłóg było coś jeszcze, co wydzielał ten chłopiec. Słabe, ostre i metaliczne.Wtedy Borys zaskomlał cicho i położył łeb na kolanach Leona, a ja zrozumiałem, że czasem największe bohaterstwo kryje się w najprostszych gestach.



