Byłam z chłopakiem na ławce w parku. Dzień był ciepły, wokół spacerowali ludzie, dzieci się śmiały. Wszystko wydawało się zwyczajne i spokojne, po prostu cieszyliśmy się chwilą.
Nagle podbiegł do nas pies. Zatrzymał się tuż przed nami, zaszczekał i wpatrywał się w nas czujnymi ślepiami. Najpierw pomyśleliśmy, że to bezdomniak szukający uwagi albo jedzenia. Mój Krzysiek machnął ręką, żeby go odpędzić, ale pies się nie ruszył.
Szczekał dalej, raz podchodząc bliżej, raz odskakując, jakby chciał nam coś pokazać. Już zaczynało mnie irytować to ujadanie – dźwięczało w uszach i przeszkadzało w rozmowie.
Wtem pies podszedł bliżej i położył przednie łapy na moich kolanach. Wzdrygnęłam się i spanikowałam. Poprosiłam Krzyśka, żeby go odsunął, ale zanim spróbował, pies odskoczył, zaszczekał i zaczął krążyć wokół nas.
Wymieniliśmy spojrzenia – w jego zachowaniu było coś dziwnego. Nie wyglądał na agresywnego, ale wyraźnie próbował nam coś przekazać. Siadał, wstawał, robił kilka kroków, oglądał się na nas i znów szczekał.
I wtedy stało się coś nieoczekiwanego – pies nagle chwycił moją torebkę, leżącą obok na ławce, i pognał przed siebie.
Krzyknęłam. W środku były pieniądze, dokumenty i telefon. Zerwaliśmy się z Krzyśkiem i pognaliśmy za nim. Serce waliło mi jak młotem – myślałam, że po prostu nas okrada. Ale im dalej biegliśmy, tym bardziej było jasne: nie chciał od nas uciec na dobre. Co chwilę się oglądał, sprawdzał, czy nadążamy, a jeśli zostawaliśmy w tyle, zatrzymywał się na chwilę, głośno ujadał i pędził dalej.
Gnaliśmy za nim alejkami, obok zdumionych przechodniów. W końcu skręcił w ciemną uliczkę, schowaną między drzewami, i nagle się zatrzymał.
Pies delikatnie położył torebkę na ziemi i usiadł obok, ciężko dysząc. Rzuciłam się po nią, ale wtedy mój wzrok padł na coś przerażającego. Teraz było jasne, dlaczego nas tu przyprowadził i czemu zachowywał się tak dziwnie.
Nieco dalej, przy zielonym śmietniku, leżał mały szczeniak. Cicho skomlał i ledwo się ruszał, jedna łapka była nienaturalnie wykręcona.
Zamarłam. To był jego szczeniak. Najpewniej potrącił go samochód albo ktoś go uderzył. Pies desperacko szukał pomocy i wymyślił jedyny sposób, żeby zmusić ludzi, by za nim poszli – ukraść coś cennego.
Nie zastanawialiśmy się długo. Chwyciliśmy szczeniaka i pobiegliśmy do najbliższej lecznicy weterynaryjnej. Cały czas mama-psina biegła obok, ani kroku w tyle, patrząc na nas swoimi mądrymi oczami, pełnymi niepokoju i nadziei.
Gdy lekarze zajęli się szczeniakiem, siedziała pod drzwiami i czekała. Nigdy nie widzieliśmy w oczach zwierzęcia tyle oddania i bezgranicznej miłości.
Wtedy zrozumieliśmy – to nie był zwykły pies. To była matka, gotowa na wszystko, by uratować swoje dziecko.



