Podczas urodzin mojego męża rozległo się pukanie do drzwi. Stał tam dostawca pizzy. Powiedziałam: „My nic nie zamawialiśmy”. Pochylił się i szepnął drżącym głosem: „Proszę pani, niech pani natychmiast zabierze syna i ucieka tylnym wyjściem”. Chwyciłam syna za rękę i uciekliśmy. Wewnątrz furgonetki dostawczej to, co wyjawił, zmroziło mi krew w żyłach.
Przyjęcie urodzinowe mojego męża miało być skromne.
Tylko kilku przyjaciół, muzyka, tort i kolacja. Nic wykwintnego. Nasz salon wypełniał śmiech, zapach grillowanych potraw i dźwięk głosu mojego męża Darka, który przechwalał się, że skończył trzydzieści osiem lat, jakby to było osobiste osiągnięcie.
Nasz ośmioletni syn Tomek biegał po pokoju z zabawkowym dinozaurem, przeciskając się między gośćmi, śmiejąc się, jakby nie miał żadnych zmartwień.
Pamiętam, że pomyślałam: tak wygląda normalna rodzina.
Około godziny 20:20 zadzwonił dzwonek do drzwi.
Założyłam, że to kolejny spóźniony gość.
Podeszłam do drzwi z uśmiechem, gotowa powitać nowo przybyłą osobę.
Ale kiedy je otworzyłam, zobaczyłam młodego dostawcę pizzy z dużą, termiczną torbą.
Wyglądał na bardzo młodego — może zaledwie dwadzieścia parę lat.
Jego twarz była blada, a na czole lśnił pot, mimo że wieczór był chłodny.
„Dzień dobry”, powiedziałam uprzejmie. „W czym mogę pomóc?”
Rzucił okiem za mnie, do wnętrza domu, jego wzrok szybko prześlizgnął się po tłumie.
Następnie uniósł torbę z pizzą.
„Dostawa dla… Darka Nowaka”, powiedział.
Zmarszczyłam brwi.
„My nic nie zamawialiśmy”, odparłam.
Oczy dostawcy nieco się rozszerzyły.
Pochylił się bliżej, zniżając głos.
Zauważyłam, że jego ręce drżały.
„Proszę pani”, szepnął, ledwie słyszalnie, „niech pani natychmiast zabierze syna i ucieka tylnym wyjściem”.
Moje serce zamarło.
„Co?” – wyszeptałam.
Przełknął ślinę.
„Proszę”, powiedział. „Niech pani nie pyta. Proszę po prostu iść”.
Spojrzałam na niego, sparaliżowana, mózg odmawiał przetworzenia tego, co słyszałam.
„Dlaczego miałabym…” – zaczęłam.
Ale przerwał mi.
„Bo w tym domu jest mężczyzna, który nie jest przyjacielem pani męża”, szepnął. „I jest uzbrojony”.
Krew ścięła mi się w żyłach.
W środku Darek głośno się śmiał, trzymając drinka, kompletnie nieświadomy.
Wzrok dostawcy przemknął w stronę mojego syna.
„Teraz”, wymówił bezgłośnie, z desperacją.
Coś w jego wyrazie twarzy – czysty strach, a nie drama – sprawiło, że moje instynkty zawyły.
Szybko się odwróciłam, zmuszając się do spokoju.
„Tomek”, zawołałam jasnym głosem, starając się brzmieć normalnie. „Chodź tutaj, kochanie. Mamusia cię potrzebuje”.
Tomek podbiegł, wciąż się uśmiechając.
„Co jest?”
Chwyciłam go mocno za rękę.
„Przerwa na toaletę”, powiedziałam na tyle głośno, by goście usłyszeli.
Potem pociągnęłam go w stronę korytarza, serce waliło tak mocno, że czułam, jakby miało eksplodować.
Nie poszłam do łazienki.
Poszłam prosto do tylnych drzwi.
Otworzyłam je drżącymi rękami.
I wymknęłam się z Tomkiem na zewnątrz, w ciemność.
Tomek wyglądał na zdezorientowanego.
„Mamo, gdzie idziemy?”
Nie odpowiedziałam.
Pobiegłam.
Boso.
Przez mokrą trawę.
W stronę alejki za naszym domem.
A kiedy dotarłam na ulicę, stał tam zaparkowany van pizzerii, silnik pracował.
Dostawca otworzył drzwi od pasażera.
„Wsiadaj!” – syknął.
Zawahałam się tylko na sekundę, potem wgramoliłam się do środka, wciągając Tomka na kolana.
Drzwi furgonetki zatrzasnęły się.
A kiedy odjeżdżał, dostawca spojrzał na mnie przez lusterko wsteczne.
Jego głos drżał, gdy mówił.
„Proszę pani”, powiedział, „pani mąż nie urządza przyjęcia urodzinowego”.
Krew zmroziła mi się w żyłach.
„Co?” – szepnęłam.
Oczy dostawcy były szeroko otwarte.
„On odbywa spotkanie”, powiedział.
„Spotkanie z ludźmi, którzy zabijają za pieniądze”.
Słowa uderzyły we mnie z taką siłą, że poczułam zawrót głowy.
„O czym pan mówi?” – zażądałam odpowiedzi, mocno ściskając Tomka.
Małe ramiona Tomka objęły mnie w pasie, teraz zdezorientowane i przestraszone.
Dostawca ściskał kierownicę, jakby od tego zależało jego życie.
„Nazywam się Eryk Meller”, powiedział szybko. „Nie jestem prawdziwym dostawcą”.
Moje serce stanęło.
„Co?”
Eryk znów na mnie spojrzał.
„Pracuję dla firmy ochroniarskiej”, powiedział. „Śledzimy nielegalne operacje. Dziś wieczorem monitorowaliśmy jeden z celów”.
Gardło mi wyschło.
„I tym celem jest… mój mąż?”
Eryk przełknął ślinę.
„Nie”, powiedział. „Pani mąż jest zamieszany, ale nie on jest celem”.
Furgonetka skręciła na ciemniejszą ulicę, z dala od świateł osiedla.
Puls przyspieszył.
„W takim razie kto?” – szepnęłam.
Eryk zawahał się, po czym powiedział:
„Pani”.
Świat zatrzymał się.
Spojrzałam na niego z przerażeniem.
„Nie”, wykrztusiłam. „To nie ma sensu. Ja nie znam nikogo…”
Głos Eryka załamał się z przejęciem.
„Proszę pani, oni nie byli tam, aby świętować”, powiedział. „Oni byli tam, aby czekać, aż pani pójdzie na górę albo do kuchni sama”.
Żołądek ścisnął mi się.
„Żeby co zrobić?”
Kości palców Eryka zrobiły się białe na kierownicy.
„Planowali panią porwać”, powiedział. „I pani syna”.
Poczułam, jak zapadają mi się płuca.
Tomek zaczął cicho płakać.
„Mamo…” – zaszlochał.
Pocałowałam go w czoło, trzęsąc się.
Eryk kontynuował.
„Pani mąż ma długi”, powiedział. „Duże długi. Hazard. Pożyczki. Ludziom, którym nie może oddać”.
Wzrok mi się zamglił.
„Nie”, szepnęłam. „Darek nie gra”.
Mój mąż nie urządzał przyjęcia urodzinowego, tylko czekał, aż jeden z jego ‘gości’ zaprowadzi mnie do piwnicy, żebym już stamtąd nie wyszła.



