Po Pogrzebie Żony, Mąż I Jego Kochanka Usłyszeli Szokującą Prawdę O Testamencie5 min czytania.

Dzielić

Dziennik, 15 maja 2024

Gdy radiowóz policji zatrzymał się przed ogrodzoną osadą pod Poznaniem, porywacz już leżał twarzą w igliwiu, z rękami związanymi za plecami starym skórzanym pasem, a nad nim stał rozgniewany leśniczy, dzierżąc w dłoniach solidny kij.

Ten niefortunny porywacz nazywał się Nikodem.

Trzy lata wcześniej poślubił kobietę, której synka właśnie próbował porwać.

Nie ożenił się z Jagodą z miłości.

Oczywiście, wszystkim wmawiał co innego. Mówił, że są sobie przeznaczeni, że sam Bóg musiał ich popchnąć ku sobie pod kryształowymi żyrandolami na przyjęciu jej ojca w Warszawie. Zapewniał, że tylko ona naprawdę go rozumie.

Ale to, co Nikodem naprawdę widział, to liczba zer w jej spadku.

Jagoda Nowak była jedyną córką Konrada Nowaka, magnata technologicznego i logistycznego, który przeniósł siedzibę firmy z Gdańska do Poznania, by być bliżej inwestorów. Konrad miał nieco ponad pięćdziesiątkę, biegał codziennie pięć kilometrów, pił zielone koktajle i wyglądał na człowieka, który dożyje dziewięćdziesiątki i wciąż będzie odpisywał na maile.

Gdy zmarł nagle na udar w swojej willi nad Jeziorem Maltańskim, wstrząs przeszedł przez gospodarcze strony gazet w całej Polsce.

To niemal zniszczyło Jagodę.

W jednej chwili otrzymała pakiet kontrolny w Nowak Logistyk, trzy magazyny, portfel nieruchomości w centrum miasta oraz konto inwestycyjne, którym mogłaby kupić pół kamienicy w Warszawie za gotówkę.

Nikodem przeczytał o tym wszystkim w artykule na telefonie, leżąc na kanapie w mieszkaniu swojej ówczesnej dziewczyny w Gdyni, jedną ręką leniwie przewijając ekran, drugą obracając butelkę piwa.

“Musi być załamana” – westchnęła dziewczyna, patrząc na wiadomości.

Nikodem usłyszał tylko: “jedyna córka, jedyna spadkobierczyni”.

Był przystojny w ten prosty, niedbały sposób, który dobrze wygląda na Instagramie – wysoki, umięśniony, z ciemnymi włosami zawsze artystycznie nieco rozczochranymi. Przez większość dorosłego życia wędrował od jednej zamożnej kobiety do drugiej: samotna dentystka w Krakowie spłacała jego karty kredytowe, rozwiedziona agentka nieruchomości we Wrocławiu kupowała mu zegarki, a menedżerka hotelu w Sopocie płaciła jego czynsz, “dopóki nie stanął na nogi”.

Nigdy nie stanął na nogi.

Nie musiał. W Polsce, jak się przekonał, zawsze znajdzie się kolejna taka kobieta. Pieniądze, samotność i potrzeba bycia kochanym – to była kombinacja, na której zbudował karierę.

Ale Jagoda była innej ligi.

Śmierć Konrada zmieniła ją w miliarderkę, która nagle została sama w wielkim, zimnym domu nad wodą.

Następnego dnia Nikodem kupił bilet w jedną stronę do Poznania.

Poznał ją nie na wystawnym przyjęciu, ale cicho, na aukcji charytatywnej w centrum miasta, gdzie pojawiła się w czerni, z czerwonymi od płaczu oczami i wymuszonym uśmiechem, wypełniając zobowiązanie ojca wobec szpitala dziecięcego w Łodzi.

Nikodem odrobił lekcje. Wiedział, na jakie wydarzenia chodzi. Znał jej ulubioną kawę. Wiedział, że była przy łóżku ojca, gdy umierał, że potem przez tydzień nie wychodziła z domu.

Był ostrożny. Nie zbyt natarczywy. Trochę nieporadny, jakby nie przywykł do eleganckich wnętrz. Jego historia brzmiała tak: dorastał w robotniczej rodzinie w Łodzi, przebił się na zachód kraju, zajmował się “konsultingiem”, pomagał “małym firmom logistycznym się rozwijać”. Wystarczająco prawdy w kłamstwach, by wydawały się solidne.

Więcej słuchał, niż mówił. To samo zrobiło połowę roboty.

W ciągu dwóch miesięcy nocował w jej domu. W ciągu sześciu się wprowadził. W ciągu roku oświadczył się, pierścionek lśniący w poznańskiej mżawce na tarasie z widokiem na Jezioro Maltańskie.

Jednej rzeczy nie przewidział – pana Kowalewskiego.

Marek Kowalewski był prawą ręką Konrada Nowaka przez dwadzieścia pięć lat, jego dyrektorem operacyjnym, prawnikiem i chrzestnym, którego Jagoda nazywała “wujkiem Markiem”, zanim nauczyła się wymawiać jego nazwisko.

Miał prawie siedemdziesiątkę, był bystry w cichy sposób, typem człowieka, który mógł wysiedzieć trzygodzinne zebranie zarządu ze złożonymi rękami, a na końcu zadać pytanie, które przecinało wszelkie bzdury.

Kochał Konrada jak brata. Jagodę – jak córkę.

I wyczuł Nikodema już przy pierwszym uścisku dłoni.

Jagoda, wciąż oszołomiona żałobą, weszła pewnego popołudnia do biura wujka Marka z nieśmiałym uśmiechem i pierścionkiem na palcu.

“Nikodem się oświadczył” – powiedziała, głos jej drżał ze szczęścia. “Powiedziałam tak. Poczekamy, aż minie okres żałoby, ale… chciałam, żebyś wiedział pierwszy.”

Marek uśmiechnął się, pogratulował, pozwolił jej paplać.

Potem, delikatnie: “A rozmawialiście już o intercyzie?”

Światło w jej oczach przygasło.

“Nikodem mówi, że to upokarzające” – przyznała Jagoda. “Powiedział: ‘Naprawdę myślisz, że potrzebuję twoich pieniędzy?'”

“A ty co myślisz?” – spytał Marek.

Jagoda kręciła pierścionkiem.

“Myślę, że zawsze chroniłeś firmę taty” – powiedziała cicho. “I mnie. Więc… jeśli uważasz, że potrzebujemy intercyzy, to będziemy mieli intercyzę.”

Gdy Jagoda powiedziała o tym Nikodemowi, ten wpadł w szał.

“To obraźliwe” – warknął. “Twój chrzestny mi nie ufa? Myśli, że jestem jakimś poszukiwaczem posagów?”

Jagoda się skrzywiła. “On tylko chce chronić firmę. To… to dla przedsiębiorstwa. Dla pracowników. Nikodem, proszę. To tylko formalność. I tak nie będziemy tego potrzebować. Chyba że… się rozwiedziemy.”

Ostatnie słowo wypowiedziała, jakby było przekleństwem.

Nikodem zrozumiał, że jest w potrzasku.

Myślał, że ślub da mu prostą drogę do firmy, miejsce w zarządzie, udział we wszystkim. Wizja, że może być prawnie odcięty, ścisnęła mu żołądek.

Ale gdyby odmówił, Jagoda mogłaby zacząć zadawać pytania, na które nie mógł sobie pozwolić.

Więc zagrał obrażonego. Mówił cicho.

“Jeśli to ci pomoże” – powiedział w końcuNikodem usiadł w więziennej celi, wpatrując się w ścianę, i po raz pierwszy w życiu zrozumiał, że żadne kłamstwa nie uratują go od konsekwencji jego własnych wyborów.

Leave a Comment