Gdy radiowóz policyjny zatrzymał się z piskiem opon przed zamkniętą osadą pod Wrocławiem, porywacz już leżał twarzą w igliwiu, z rękami związanymi za plecami starym skórzanym paskiem, a nad nim stał rozwścieczony leśniczy z kijem w dłoni.
Niedoszłego porywacza nazywano Nikodem.
Trzy lata wcześniej poślubił kobietę, której właśnie próbował porwać synka.
Nikodem nie ożenił się z Katarzyną z miłości.
Oczywiście, wszystkim wmawiał, że tak. Mówił jej, że są sobie przeznaczeni, że to sam Bóg popchnął ich ku sobie pod kryształowymi żyrandolami na przyjęciu jej ojca w Warszawie. Zapewniał, że tylko ona go naprawdę rozumie.
Tak naprawdę Nikodem widział tylko liczbę zer w jej spadku.
Katarzyna Nowak była jedyną córką Konrada Nowaka, przedsiębiorcy z Gdańska, który przeniósł siedzibę firmy do Wrocławia, by być bliżej inwestorów. Konrad miał około pięćdziesiątki, biegał codziennie pięć kilometrów, pił zielone koktajle i wyglądał na człowieka, który dożyje dziewięćdziesiątki i do końca będzie odbierał maile.
Gdy nagle zmarł na udar w swojej willi nad Jeziorem Pilczyckim, wstrząs przeszedł przez biznesowe strony internetowe w całej Polsce.
Prawie zniszczyło to Katarzynę.
A jednocześnie z dnia na dzień odziedziczyła pakiet kontrolny w Nowak Trans, trzy magazyny, nieruchomości w centrum miasta i konto inwestycyjne, za które można było kupić połowę warszawskiego Śródmieścia gotówką.
Nikodem przeczytał o tym w artykule na telefonie, leżąc na kanapie w mieszkaniu swojej ówczesnej dziewczyny w Krakowie, jedną ręką leniwie przewijając ekran, drugą skubiąc etykietę od piwa.
— Musi być zrozpaczona — westchnęła dziewczyna, oglądając wiadomości.
Nikodem usłyszał tylko: *jedynaczka, jedyna spadkobierczyni*.
Nikodem był przystojny w ten prosty, niedbały sposób, który dobrze wygląda na Instagramie: wysoki, umięśniony, ciemne włosy zawsze artystycznie potargane, by wyglądać „naturalnie”. Przez większość dorosłego życia przeskakiwał od jednej zamożnej kobiety do drugiej: samotna dentystka z Katowic spłacała jego karty kredytowe, rozwiedziona agentka nieruchomości z Poznania kupowała mu zegarki, menedżerka hotelu w Sopocie płaciła za jego czynsz „tylko do czasu, aż stanie na nogi”.
Nigdy nie stanął na nogi.
Nie musiał. W Polsce nauczył się, że zawsze znajdzie się kolejna taka kobieta. Pieniądze, samotność i potrzeba bycia adorowanym — na tej kombinacji zbudował karierę.
Ale Katarzyna była innej ligi.
Śmierć Konrada zamieniła ją w miliarderkę, która nagle została zupełnie sama w wielkim, zimnym domu nad wodą.
Nikodem następnego dnia kupił bilet w jedną stronę do Wrocławia.
Poznał ją nie na eleganckiej gali, ale dyskretnie, na charytatywnej aukcji w centrum miasta, gdzie pojawiła się w czerni, z zaczerwienionymi oczami i sztywnym uśmiechem, wypełniając zobowiązanie ojca wobec szpitala dziecięcego w Łodzi.
Nikodem odrobił pracę domową. Wiedział, na jakie imprezy chodzi. Znał jej ulubioną kawę. Wiedział, że była przy łóżku ojca, gdy umierał, że potem przez tydzień nie wychodziła z domu.
Był ostrożny. Nie za bardzo natarczywy. Trochę nieporadny, jakby nie był przyzwyczajony do eleganckich wnętrz. Jego historia brzmiała tak: dorastał w robotniczej rodzinie w Szczecinie, pracował ciężko, by dotrzeć na zachód kraju, zajmował się „konsultingiem”, pomagał „małym firmom transportowym się rozwijać”. Wystarczająco prawdy w kłamstwach, by brzmiały wiarygodnie.
Więcej słuchał, niż mówił. To samo zrobiło połowę roboty.
W ciągu dwóch miesięcy spędzał noce w jej domu. W ciągu pół roku się wprowadził. W ciągu roku oświadczył się, pierścionek błyszczący pod wrocławską mżawką na tarasie z widokiem na Jezioro Pilczyckie.
Jednego nie przewidział: pana Kowalewskiego.
Marek Kowalewski był prawą ręką Konrada Nowaka od dwudziestu pięciu lat, jego dyrektorem operacyjnym, prawnikiem i ojcem chrzestnym, którego Katarzyna nazywała „wujkiem Markiem”, zanim potrafiła powiedzieć jego nazwisko.
Miał około siedemdziesiątki, był bystry w cichy sposób, taki typ człowieka, który mógł wysiedzieć trzygodzinne zebranie zarządu ze złożonymi rękami, a na koniec zadać pytanie, które przecinało wszelkie bzdury.
Kochał Konrada jak brata. Katarzynę jak córkę.
I wyczuł Nikodema od pierwszego uścisku dłoni.
Katarzyna, wciąż oszołomiona żałobą, pewnego popołudnia weszła do biura wujka Marka z nieśmiałym uśmiechem i pierścionkiem na palcu.
— Nikodem się oświadczył — powiedziała, głos drżący ze szczęścia. — Powiedziałam „tak”. Poczekamy, aż minie okres żałoby, ale… chciałam, żebyś wiedział pierwszy.
Marek się uśmiechnął, pogratulował, dał jej pogadać.
Potem, delikatnie: — A rozmawialiście o intercyzie?
Światło w niej przygasło.
— Nikodem mówi, że to upokarzające — przyznała Katarzyna. — Powiedział: „Naprawdę myślisz, że potrzebuję twoich pieniędzy?”.
— A ty co myślisz? — spytał Marek.
Katarzyna przekręciła pierścionek.
— Myślę, że zawsze chroniłeś firmę taty — powiedziała cicho. — I mnie. Więc… jeśli uważasz, że potrzebujemy intercyzy, to będziemy mieli intercyzę.
Gdy Katarzyna powiedziała o tym Nikodemowi, wściekł się.
— To obraźliwe — warknął. — Twój ojciec chrzestny mi nie ufa? Myśli, że jestem jakimś mydłkiem?
Katarzyna się skrzywiła. — On tylko chce chronić firmę. To… dla przedsiębiorstwa. Dla pracowników. Nikodem, proszę. To formalność. Nigdy tego nie potrzebujemy. Chyba że… się rozwiedziemy.
Ostatnie słowo wypowiedziała jak przekleństwo.
Nikodem zrozumiał, że jest w pułapce.
Myślał, że małżeństwo da mu prostą drogę do firmy, miejsce w zarządzie, część wszystkiego. Wizja, że może być prawnie odcięty, skręcała mu żołądek.
Ale jeśli się sprzeNikodem spędził resztę życia w cieniu swojej zgorzkniałości, podczas gdy Robert dorastał w blasku miłości, o jakiej jego matka zawsze marzyła.



