Podczas Czytania Testamentu Służąca Odkrywa Mroczną Tajemnicę WdowyGdy drzwi do piwnicy otworzyły się z głuchym stuknięciem, z ciemności wyłonił się blady, wynędzniały chłopiec, którego wszyscy dawno uznali za zmarłego.5 min czytania.

Dzielić

Celeste spojrzała na nią, chłodnym i lekko zirytowanym wzrokiem, jak ktoś, kto zauważa muchę krążącą nad kieliszkiem wina.

Dłonie Imani drżały, ale i tak uniosła je, z otwartymi dłoniami, jakby się poddawała.

– Przerwijmy czytanie – powiedziała drżącym, a jednak wyraźnym głosem. – Bo spadkobierca nie zaginął.

Mateusz wpatrywał się w nią. – Co ty mówisz?

Imani przełknęła ślinę. Jej serce biło tak mocno, że zdawało się nie mieścić w piersi.

– Był zamknięty pod ziemią.

Przez jedną bezdechową sekundę nawet powietrze zdawało się zamierać.
Spokojny uśmiech Celeste pozostał nietknięty, ale coś ostrego poruszyło się pod nim, jak ostrze obracające się w pochwie.

– To absurdalne oskarżenie – powiedziała Celeste cicho. – Pani Nowak jest pod wpływem stresu. Żałoba robi dziwne rzeczy z… pracownikami.

Imani nie patrzyła na nią. Patrzyła na Mateusza. Na Pana Nowaka. Na dwóch mężczyzn siedzących przy przeciwległej ścianie, cichych, w prostych garniturach, czekających na sygnał.

Wtedy wypowiedziała imię, które w końcu zachwiało uśmiechem Celeste.

– Julian.

Osiemnaście miesięcy wcześniej Imani weszła do rezydencji Kowalskich z walizką w jednej ręce i fartuchem w drugiej, powtarzając sobie, że to tylko praca.

1. Dom, który nie brzmiał jak dom
Rezydencja Kowalskich stała na obrzeżach Warszawy jak prywatne muzeum. Wysoka brama. Idealnie przystrzyżone żywopłoty. Okna, które odbijały niebo, ale nigdy nie zdradzały, co kryje się w środku.

Imani przyjechała pewnego jasnego poranka, który wydawał się zbyt radosny jak na to miejsce. Taksówkarz pomógł jej wyjąć torbę, rzucił okiem na dom i mruknął: „Powodzenia”, w taki sposób, w jaki ludzie życzą „szczęścia”, mając na myśli „niech bogowie będą dla ciebie łaskawi”.

Przy drzwiach przywitała ją Celeste z rodzajem uprzejmości pozbawionej ciepła.

– Witam, pani Nowak. – Hiszpański Celeste był doskonały, wykształcony, z nutą czegoś obcego. Jej uścisk dłoni był mocny i krótki, jakby dotyk był transakcją.

W środku powietrze pachniało pastą do cytryn i drogocenną ciszą. Podłogi lśniły tak intensywnie, że Imani czuła się winna, stąpając po nich, jakby zostawiała odciski butami.

Hugo Kowalski przebywał w salonie, z kaszmirowym kocem schludnie złożonym na kolanach. Wyglądał jak człowiek, który niegdyś dźwigał całe pokoje na swoich barkach, a teraz ledwo unosił szklankę.

– Dziękuję, że pani przyjechała – szepnął, gdy Celeste ich przedstawiła. Jego głos był łagodny, ale każda sylaba niosła ze sobą zmęczenie.

Imani uśmiechnęła się. – Dziękuję za zaproszenie, proszę pana.

Hugo sięgnął po swoją wodę, palce mu drżały. Zanim jego dłoń zdołała zamknąć się wokół szklanki, dłoń Celeste pojawiła się szybciej.

Nie pomocna. Własnościowa.

Podawała mu szklankę do dłoni, jakby karmiła zwierzę, które posiadała.

Imani poczuła wtedy lekkie drżenie niepokoju. Nie chodziło o to, co Celeste robiła jawnie okrutnego. Chodziło o to, czego nie robiła.

Nie patrzyła na Hugona z troską. Patrzyła na niego jak na harmonogram.

– Jego leki podajemy o tej samej porze każdego dnia – powiedziała Celeste Imani, głosem stanowczym. – Proszę nie improwizować.

Słowo „improwizować” powtórzyła dwukrotnie, jakby powtórzenie nadawało mu moc prawa.

Imani skinęła głową. – Tak, proszę pani.

Uśmiech Celeste stał się ostrzejszy, zadowolony.

W pierwszym tygodniu Imani poznała rytm domu. Posiłki serwowane na czas. Zasłony otwierane dokładnie o ósmej. Rozmowy telefoniczne, które urywały się w chwili, gdy Imani wchodziła do pokoju. Wizyty lekarza umawiane bez pytań, bez drugich opinii.

I zawsze ta sama historia, gdy padało imię Juliana.

Julian był w szkole z internatem w Szwajcarii.

Brzmiało to prawdopodobnie, tak jak kłamstwa często brzmią, gdy są zbudowane z pieniędzy i pewności siebie. Czternastolatek w Szwajcarii. Prestiżowa instytucja. Surowa polityka. Skupiona na „stabilności”.

Tylko że sam dom nie zachowywał się jak rodzina z synem za granicą.

Nie było przypadkowych wzmianek o nim. Żadnych niedawno zaktualizowanych zdjęć. Śmiechu z powodu czegoś, co napisał. Żadnych paczek od niego, pocztówek przypiętych do lodówki.

Julian istniał tylko jako zdanie, które Celeste wykorzystywała, gdy było potrzebne, a potem chowała z powrotem jak nóż wkładany do szuflady.

Mateusz, najstarszy syn, próbował udawać, że to wszystko nie ma znaczenia. Nosił garnitury nawet w domu, jakby w każdej chwili mógł zostać wciągnięty na spotkanie. Uściskiem dłoni witał niewidzialnych inwestorów podczas jedzenia.

Ale czasami, późnym wieczorem, maska pękała.

Pewnego wieczoru Imani znalazła go w kuchni, wpatrującego się w telefon, jakby ten mógł się do czegoś przyznać, jeśli tylko wystarczająco mocno się w niego wpatrzy.

– Mówi, że Julian ma się dobrze – szepnął Mateusz, jakby ściany donosiły Celeste. – Ale nie słyszałem jego głosu od roku. Ani razu.

Imani mieszała zupę na kuchence, obserwując, jak jej powierzchnia falowała. – Dzwoniłeś pan bezpośrednio do szkoły?

Śmiech Mateusza był gorzki, zmęczony. – Za każdym razem, gdy próbuję, dzieje się coś pilnego. Inwestor wpada w panikę. Umowa się rozpada. Nagle potrzebuje jej zebranie rady nadzorczej. Ciągnie mnie w to, jakbym był jej tarczą.

W tym właśnie momencie dźwięk telefonu Celeste przeciął ciszę korytarza, zbyt głośny, zbyt wygodny.

– Mateusz – zawołała Celeste, już w połowie akcji. – Firma potrzebuje cię teraz.

Ramyiona Mateusza opadły. Poruszał się, jakby ciągnięty za sznur.

Imani patrzyła, jak odchodzi, a potem spojrzała do salonu, gdzie Hugo siedział wpatrzony w czarny ekran telewizora, z oczyma utkwionymi w niczym.

Dłoń Hugona czasem unosiła się blisko piersi, jakby bał się tego, co mógł tam poczuć.

Pewnego razu, w rzadkiej chwili ciszy, zadał Celeste pytanie, które brzmiało, jakby czekało w nim od miesięcy – Dlaczego jeździsz sama do tego domu na wsi? – szepnął. – Dlaczego nie razem?

Leave a Comment