Pokorna służąca oskarżona o kradzież bezcennej biżuteriiNagle w drzwiach stanął zapomniany lokaj, trzymając w dłoniach błyszczący naszyjnik i szepcząc: “To ja wziąłem go tej nocy, by zemścić się za lata upokorzeń”.5 min czytania.

Dzielić

Katarzyna Kowalska miała kurz w płucach i płyn do mycia naczyń o zapachu cytryny na rękach przez większość swojego życia, ale nigdy jej to nie przeszkadzało.

Domek letniskowy rodziny Nowakowskich stał na wzgórzu w podwarszawskim Konstancinie, czterdzieści minut od centrum stolicy, a jednak jakby w innym świecie. Wysokie żywopłoty, żelazne bramy, białe kolumny. Miejsce, na które ludzie spoglądali przejeżdżając obok.

Katarzyna przemierzała tę ścieżkę od jedenastu lat.

Znała każdy skrzyp podłogi, każdą smużkę na szklanych drzwiach, każdą uporczywą plamę na białym marmurze w holu. Wiedziała, które żarówki migały, a które krany przeciekały. Wiedziała, że jeśli nie przekręci się dokładnie uchwytu w łazience dla gości na parterze, woda będzie ciekła całą noc.

Ale przede wszystkim znała ludzi.

Marek Nowakowski, czterdziestotrzyletni inwestor technologiczny, z uśmiechem wartym miliony – jeśli akurat pamiętał go użyć. Wdowiec od trzech lat, wciąż noszący obrączkę z przyzwyczajenia.

Jego syn, Tomek, siedmioletni chłopiec, który częściej przypominał dinozaura niż dziecko – pełen energii, pytań i nagłych przytuleń.

I Zofia.

Matka Marka.

Matriarchini.

Królowa domu, choć technicznie w nim nie mieszkała (miała luksusowe mieszkanie w mieście), ale bywała tu tak często, że Katarzyna czasem zapominała, który adres oficjalnie był jej własnością.

Zofia Nowakowska była typem kobiety, która zauważyła, gdy ktoś przesunął wazon o trzy centymetry w lewo.

Nosiła perły nawet w kuchni i piła kawę tak, jakby ją to obraziło.

Katarzyna ją szanowała.

Ale też się jej bała.

Wszystko zmieniło się pewnego wtorkowego poranka.

Katarzyna dotarła jak zwykle o 7:30, wrześniowe powietrze było na tyle chłodne, że otuliła się mocniej w swój kardigan, idąc od przystanku autobusowego długą aleją.

W środku dom był cichy. Wejście dla personelu prowadziło do holu, a stamtąd do kuchni – ogromnej, lśniącej przestrzeni z marmurowymi blatami i stalowymi sprzętami, które Katarzyna czyściła cztery razy dziennie.

Zawiesiła płaszcz w małej szafce dla personelu, włożyła kapcie, spięła włosy i spojrzała na ręcznie napisaną listę na blacie.

Listę Zofii.

Każdego dnia nową.

WTOREK:

Wypolerować srebro w jadalni

Wymienić pościel w niebieskiej sypialni gościnnej

Dokładnie wyczyścić łazienkę na górze

Śniadanie 8:00 – owsianka, owoce, kawa (bez cukru)

Katarzyna się uśmiechnęła.

Lubiła listy.

Sprawiały, że wszystko wydawało się możliwe do ogarnięcia.

Postawiła czajnik (mocna czarna, zawsze dwie filiżanki gotowe dla Zofii na 8:05) i zaczęła przygotowywać śniadanie.

O 7:50 usłyszała kroki na schodach. Głos Tomka rozległ się z góry.

– Kasiuuu, są gofry?

– Dzisiaj nie – odparła, otwierając garnek z owsianką. – Owsianka z owocami. Bardzo zdrowe.

Pojawił się w drzwiach w piżamie z dinozaurami, z rozczochranymi włosami i przecierając oczy.

– Zdrowe to nudne – jęknął, wspinając się na stołek. – Są chociaż borówki?

– Oczywiście – powiedziała, stawiając przed nim miseczkę. – A jeśli zjesz, będziesz silny jak tyranozaur.

Zmrużył oczy. – Tyranozaur nie jadł owoców.

– No to… silny jak stegozaur – odparła.

– Stegozaur jadł rośliny – zgodził się, biorąc łyżkę. – No dobra. Lubię stegozaury.

Nalała mu soku pomarańczowego i postawiła filiżankę kawy na końcu blatu, właśnie tam, gdzie Zofia lubiła.

W samą porę rozległ się dźwięk obcasów w korytarzu.

– Dzień dobry – zawołała Katarzyna.

Zofia weszła do kuchni w kremowej bluzce i dopasowanych spodniach, z nienagannym makijażem i włosami upiętymi w eleganckiego koka. Spojrzała na blat, wzięła kawę, nie patrząc na Katarzynę, i pociągnęła łyk.

– Za gorące – stwierdziła, odstawiając filiżankę.

– Przepraszam, pani Nowakowska – powiedziała szybko Katarzyna. – Następnym razem zostawię do ostygnięcia.

Zofia mruknęła, nie angażując się.

Jej wzrok przebiegł po kuchni, sprawdzając stan, po czym zatrzymał się na chwilę na wnuku.

– Ciągniesz owsiankę – powiedziała.

Tomek zastygł w pół ruchu i spojrzał na swoją koszulkę.

Nie ciągnął.

– Babciu – powiedział cierpliwie. – Nie ma owsianki.

– Będzie – odparła. – Nie garb się.

Wzięła kolejny łyk kawy i skierowała się ku drzwiom.

– Marek pracuje zdalnie dzisiaj – rzuciła Katarzynie przez ramię. – Dzisiaj są goście. Inwestorzy. – Jej ton sugerował, że nie była pod wrażeniem. – Dom musi być idealny. Jak zawsze.

– Tak, proszę pani – odparła Katarzyna.

Dopiero koło południa Katarzyna zauważyła, że drzwi do gabinetu z biżuterią są otwarte.

Większość ludzi nie wiedziała, że w domu Nowakowskich jest taki pokój. Nie był uwzględniony w oficjalnym oprowadzaniu, które Zofia organizowała dla gości. Ukryty za gabinetem na piętrze, mała przestrzeń z klimatyzowaną szafą i sejfem w ścianie.

Tam mieszkały rodzinne skarby.

Stare pieniądze, stare diamenty, stare złoto.

Katarzyna tylko je odkurzała.

Tego dnia też miała to na liście: tylko cienka warstwa, nic poważnego.

Gdy przechodziła obok gabinetu w drodze do pralni, zauważyła, że drzwi są uchylone.

Dziwne, pomyślała.

Zofia zawsze trzymała je zamknięte.

Katarzyna zawahała się, potem otworzyła je szerzej.

Gablotka była zamknięta, sejf ukryty za panelem, wszystko wydawało się na swoim miejscu. Mimo tego włosy zjeżyły jej się na karku.

Weszła, przetarła półki delikatną ściereczką, dbając, by nic nie przesunąć, po czym wyszła, zamykając drzwi za sobą.

Nie zauważyła brakująceNigdy nie zobaczyła brakującego naszyjnika, ale już następnego dnia cały dom zatrząsnął się od krzyków Zofii, gdy odkryła, że rodzinna szmaragdowa zawieszka zniknęła, a jedyną osobą, która mogła ją wziąć, była Katarzyna.

Leave a Comment