Policja publicznie upokorzyła sędzię. Jak zakończyła się ta historia?5 min czytania.

Dzielić

Słońce ledwie wychyliło się ponad niskie dachy Nowego Sącza, średniej wielkości polskiego miasta, które szczyciło się porządkiem, tradycją i starannie pielęgnowanym wizerunkiem spokojnej solidności.

Tego dnia upał dał się we znaki wcześnie, przyciskając chodniki i kamienne budynki, jakby samo miasto wstrzymywało oddech.

Na centralnym rynku, gdzie skromny sąd sąsiadował z fontanną wybudowaną przed laty, życie toczyło się według rutyny i zwyczaju.

Ta rutyna rozpadła się jeszcze przed południem.

Sędzia Monika Zaręba szła pewnym krokiem w stronę sądu, mocno przyciskając teczkę do boku, z wyprostowaną postawą mimo ciężaru nieustannej obserwacji, która towarzyszyła jej na każdym kroku.

Była federalną sędzią mianowaną po latach ciężkiej pracy, znaną z precyzyjnych wyroków i nieugiętej postawy wobec presji. Na sali sądowej jej głos niosący autorytet nie pozostawiał wątpliwości.

Jednak na ulicach Nowego Sącza jej obecność niepokoiła tych, którzy wierzyli, że władza powinna mieć określony wygląd i brzmienie.

Dla niektórych nigdy nie była sędzią. W ich oczach pozostawała kobietą, która ośmieliła się zająć miejsce zarezerwowane dla innych.

Przy fontannie kilka radiowozów stało w nieładzie, częściowo blokując przejście. W pobliżu hałasował samochód komunalny, a grupka mundurowych, stojąc w cieniu, śmiała się głośno i beztrosko, jakby rynek należał tylko do nich.

Jeden z nich, sierżant Tomasz Borowski, opierał się nonszalancko o policyjne auto, ze złożonym wężem u stóp i wodą płynącą swobodnie po kostce brukowej.

Miał opinię zadziornego i okrutnego pod płaszczykiem humoru, człowieka, który lubił przypominać innym o swojej pozornej władzy.

Gdy zauważył sędzię Zarębę, coś zmieniło się w jego wyrazie twarzy.

—Patrzcie no — powiedział, a jego słowa rozniosły się po całym rynku. — Wygląda, jakby miała iść na spotkanie zarządu, a nie żyć normalnym życiem.

Policjanci wokół chichotali półgłosem. Sędzia Zaręba nieco zwolniła, ale nie zmieniła kierunku. Dawno już zrozumiała, że zbyt szybka reakcja to często właśnie to, czego chcą mężczyźni w jego stylu.

Tomasz podniósł wąż.

—Może trzeba ją nieco ochłodzić — dodał głośno. — Jak widać, za bardzo się zagrzała.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, zanim jego słowa w pełni opadły na rynek, wycelował w nią wężem i odkręcił kurek.

Strumień lodowatej wody uderzył ją w pierś bez ostrzeżenia. Lekka bluzka natychmiast przylgnęła do skóry. Teczka wyślizgnęła się z rąk i upadła na podłoże z głuchym łoskotem. Przez ułamek sekundy na rynku zapanowała cisza.

Potem wybuchły śmiechy.

Telefony pojawiły się w dłoniach, jakby instynktownie wezwane. Widok był zbyt kuszący dla widzów przyzwyczajonych do obserwowania upokorzeń z bezpiecznej odległości.

Sędzia Zaręba nie krzyczała. Nie uciekła. Nie błagała. Stała nieruchomo, z wodą kapiącą z rękawów, z włosami przyklejonymi do twarzy, i spojrzała prosto w oczy Tomaszowi Borowskiemu.

Przeczytała naszyte na mundurze nazwisko. Zapamiętała numer policyjny. Zarejestrowała radiowóz za jego plecami.

Tomasz podszedł bliżej, uśmiechając się szyderczo.

—No i co teraz zrobisz? — spytał. — Zawołasz kogoś ważnego?

Pochyliła się powoli, podniosła teczkę i spojrzała mu w oczy.

—Już i tak zrobiłeś wystarczająco — odpowiedziała spokojnie.

Nie dodając ani słowa, odwróciła się i ruszyła w stronę sądu, każdy krok celowy, każdy ruch obserwowany.

W swoim gabinecie sędzia Zaręba zamknęła drzwi i wzięła jeden głęboki oddech. Jej dłonie przez moment drżały, nie ze strachu, ale z powodu gwałtownego powstrzymywania emocji. Następnie usiadła i zaczęła pisać.

Zanotowała dokładną godzinę. Miejsce. Imiona świadków, których rozpoznała. Złożyła wniosek o zabezpieczenie nagrań z pobliskich sklepów i miejskich kamer monitoringu.

Przesłała szczegółową skargę do wewnętrznego nadzoru i wysłała kopie do odpowiednich federalnych komisji rewizyjnych.

Jej kolega, sędzia Jan Kowalczyk, ostrożnie wszedł do jej gabinetu późnym popołudniem.

—Moniko — rzekł cicho. — Wiesz, że to nie pozostanie małą sprawą.

Spojrzała na niego stanowczo.

—Nigdy nie była mała — odpowiedziała. — Tylko wydawała się taka, bo ludzie jak on liczą na milczenie.

Wieczorem nagranie rozeszło się po lokalnych portalach i grupach dyskusyjnych. Komentarze posypały się jak grad — jedne drwiące, inne oburzone, wiele z nich ujawniających więcej o społeczności, niż ktokolwiek się spodziewał.

Wtedy ktoś ją rozpoznał. «To sędzia Zaręba», padł głos w jednym z nagrań. «Federalna sędzia».

Śmiech w życiu Tomasza Borowskiego ucichł. Pognał do swojego przełożonego, komendanta Karola Szymańskiego, domagając się uspokojenia sytuacji.

—To nic takiego — upierał się. — Tylko żart, który poszedł za daleko.

Twarz komendanta stwardniała.

—Nie rozmawiaj z nikim — powiedział twardo. — Ani z kolegami, ani z mediami, ani ze związkiem zawodowym. Pozwól, żeby nasz wydział się tym zajął.

Za zamkniętymi drzwiami rozpanoszył się chaos. Zniknęły pliki z działu technicznego. Pojawiły się anonimowe wiadomości. Wywierano subtelną presję na potencjalnych świadków.

Nic z tego nie zadziałało. Prokurator Anna Nowak przejęła sprawę z determinacją graniczącą z zaciętością. Żądała dodatkowych nagrań. Domagała się dostępu do korespondencji. Rozmawiała ze świadkami, których inni ignorowali.

Pracownica miejska, Katarzyna Wiśniewska, mimo widocznego strachu, postanowiła zabrać głos.

—To on wycelował pierwszy — zeznała. — Powiedział, że chce, żeby poczuła się mała.

Właściciel sklepu dostarczył nagranie, które nie pozostawiało wątpliwości.

Sala sądowa wypełniła się po brzegi. Gdy nagranie wyświetlono na ekranie, zapanowała cisza. Głos Tomasza rozbrzmiał wyraźnie i nie do pomylenia.

«ChciaNastępnego ranka, gdy Tomasz Borowski stawił się w sądzie, już wiedział, że jego świat nigdy nie będzie taki sam – a Nowy Sącz na zawsze zapamięta ten dzień.

Leave a Comment