Dziennik, 23 listopada
Zegar na mikrofalówce migał 23:42. Na zewnątrz wiatr wył, szarpiąc rynnami mojej spokojnej ulicy na warszawskim Ursynowie. To był ten rodzaj wiatru, który potrafi zatrząść szybami i przypomina, jak cieszy mnie podwójna szyba i centralne ogrzewanie. Siedziałem na kanapie, przewijałem bezmyślnie telefon, sącząc letnie piwo, próbując zagłuszyć uczucie samotności, które zamieszkało ze mną od rozwodu rok temu. Dom był za duży dla jednej osoby. Cisza wydawała się głośna.
A potem to usłyszałem.
Puk. Puk. Puk.
Nie dzwonek. Nie pewne uderzenie. To było niepewne, rytmiczne stukanie w solidne dębowe drzwi. Żołądek mi się ścisnął. W tej dzielnicy nikt nie puka po 21:00, chyba że pali się dom albo jest policyjna interwencja. I na pewno nie puka w ten sposób.
Wyciszyłem telewizor. Zastygłem w bezruchu, licząc, że to tylko wyobraźnia, winę zrzucając na burzę.
Puk. Puk. Puk.
Wyraźne. Celowe. Prawdziwe.
Wstałem, stawy mi trzeszczały, i podszedłem do przedpokoju. Nie włączyłem od razu światła na ganku. Paranoja to efekt uboczny życia w samotności w 2024 roku. Czytasz nagłówki. Znacz oszustwa. Ktoś udaje, że jest w potrzebie, otwierasz drzwi, a trzech typów w kominiarkach wpada do środka. Spojrzałem przez wizjer, ale skraplająca się para zmarzniętego deszczu zamgliła szkło. Widziałem tylko mały, ciemny kształt.
— Kto tam? — zawołałem, próbując nadać głosowi więcej autorytetu, niż czułem.
Żadnej odpowiedzi. Tylko wiatr uderzający w elewację.
Rozważałem wezwanie policji. Ale coś mnie powstrzymało. Może rozmiar cienia. Wydawał się zbyt mały, by stanowić zagrożenie. Odkręciłem zamek, zostawiłem łańcuch i uchyliłem drzwi na trzy centymetry.
Zimne powietrze natychmiast wdarło się do środka, gryząc mnie w twarz. A tam, na wycieraczce, przemoczona do kości, stała mała dziewczynka.
Miała najwyżej osiem czy dziewięć lat. Miała na sobie różową bluzę z kapturem, trzy razy za dużą, z rękawami podwiniętymi, odsłaniającymi blade, drżące dłonie. Jej adidasy były zdarte do podeszw, przemoczone szarym błotem. Włosy przykleiły się do czoła, woda kapała z nosa.
Ale to jej oczy mnie przykuły. Nie płakała. Były przerażająco spokojne, głębokie i przepełnione zmęczeniem, którego żadne dziecko nie powinno znać.
— Nie mam przy sobie gotówki — powiedziałem odruchowo, wciąż na baczności. To była reakcja bez myślenia. Poczułem się winny, gdy słowa opuściły moje usta, ale byłem zdezorientowany. Gdzie są jej rodzice? To jakaś pułapka?
Powoli pokręciła głową. Jej wargi miały sine zabarwienie. Nie patrzyła na ciepło korytarza za mną – patrzyła prosto na moją twarz.
— Nie chcę pieniędzy, proszę pana — szepnęła. Jej głos był cienki, kruchy jak suche liście.
— Zgubiłaś się? Mam wezwać policję? — spytałem, sięgając po telefon w tylnej kieszeni.
— Nie policji — powiedziała, z nagłym błyskiem paniki w oczach. — Proszę. Nie policji.
— To czego chcesz? Na dworze jest mroźno.
Wzięła głęboki oddech, jej mała klatka wzniosła się pod mokrą bluzą. Spojrzała na przemoknięte buty, potem z powrotem na mnie.
— Chcę tylko wejść do środka — powiedziała.
— Dziecko, nie mogę…
— Pięć minut — przerwała. — Chcę tylko posiedzieć w domu. Tylko pięć minut.
Wpatrywałem się w nią. — Co?
— Nie jestem głodna. Nie chcę nic ukraść. Obiecuję. — Przytuliła się, teraz gwałtownie drżąc. — Po prostu… Zapomniałam, jakie to uczucie. Mieć dom. Być w środku, gdzie jest cicho i ciepło. Chcę tylko posiedzieć. Proszę. Pięć minut. Potem pójdę.
Serce waliło mi w piersi. To było szale.



