Potrzebujecie domu, a ja dziadków dla syna… powiedziała obcym6 min czytania.

Dzielić

“Potrzebujecie domu, a ja potrzebuję dziadków dla mojego syna” – powiedziała nieznajomym. Katarzyna Nowak nigdy by nie pomyślała, że zrobi tak śmiałą propozycję dwóm zupełnie obcym ludziom na zakurzonej drodze prowadzącej do jej niewielkiego gospodarstwa. Staruszkowie nieśli dwie podniszczone walizki i wyglądali na ludzi, którzy nie mają już dokąd pójść.

Słowa wypłynęły z jej ust, zanim zdążyła je dobrze przemyśleć. “Potrzebujecie domu, a ja potrzebuję dziadków dla mojego syna” – powiedziała, wskazując ręką na drewnianą furtkę otaczającą jej ziemię. Mężczyzna o siwiejących włosach i zniszczonym kapeluszu spojrzał na żonę – kobietę o łagodnej twarzy, naznaczonej trudami życia.

Oboje wahali się, niepewni, czy ta młoda matka mówi poważnie. Katarzyna miała 28 lat i samotnie wychowywała Piotrusia od dnia, gdy ojciec chłopca odszedł, dowiedziawszy się o ciąży. Piotruś, pięcioletni chłopczyk o rozczochranych kasztanowych włosach i ciekawskich oczach, za każdym razem, gdy widział inne dzieci bawiące się z dziadkami na wiejskim placu, patrzył z tęsknotą.

Od miesięcy zadawał to samo bolesne pytanie, na które Katarzyna nie potrafiła odpowiedzieć.
– Mamo, dlaczego ja nie mam dziadka i babci jak inne dzieci?
Gospodarstwo, które odziedziczyła dwa lata wcześniej po ciotce Zofii, było niewielkie, ale wystarczające, by utrzymać rodzinę. Trzy hektary ziemi, skromny domek z trzema pokojami, zadbany ogródek warzywny i kilka kur, które codziennie znosiły świeże jajka.

Katarzyna pracowała jako krawcowa w mieście oddalonym o 15 kilometrów, ale zawsze martwiła się o pozostawianie syna pod opieką sąsiadki, pani Bronisławy – zrzędliwej kobiety, która brała sporo za opiekę.

Tadeusz Kowalski miał 73 lat i silnie trzymał dłoń swojej towarzyszki życia, pani Haliny, która w wieku 69 lat wciąż miała dostojną postawę, mimo skromnego i zużytego ubrania. Szli tą drogą od świtu, po tym, jak zostali wyrzuceni z małego mieszkania, w którym żyli od piętnastu lat. Emerytura nie wystarczała już na czynsz, który wzrósł trzykrotnie w ciągu pół roku.

Rankiem było gorąco, jak to bywa pod koniec września na polskiej wsi, gdzie życie płynie powoli i spokojnie. Katarzyna miała na sobie zieloną sukienkę, którą uszyła sama – praktyczną do pracy, ale kobiecą, by nie czuć się zaniedbaną. Jej kasztanowe włosy były związane w prosty kucyk, a spracowane dłonie zdradzały lata ciężkiej pracy.

– Nie znacie mnie, wiem – powiedziała Katarzyna, patrząc najpierw w oczy Tadeusza, potem Haliny. – Ale jestem zdesperowana. Mój syn potrzebuje ciepła starszych ludzi, ich historii, kolan do przytulenia, a wy potrzebujecie dachu nad głową. To może wyjść na dobre nam wszystkim.

Halina podeszła kilka kroków bliżej, badając szczerą twarz młodej kobiety. Jej pomarszczone dłonie zaciskały się na pasku wyblakłej skórzanej torby, w której trzymała te nieliczne cenne przedmioty, które udało jej się uratować. W środku były zdjęcia wnuków, których nie widziała od pięciu lat, oraz ręcznie spisane przepisy jej własnej matki.

– Skąd pani wie, że można nam ufać? – zapytała Halina, głos jej się załamał. – Dopiero co się spotkaliśmy. Pani ma małe dziecko…

Katarzyna wzięła głęboki oddech. W rzeczywistości nie miała pewności. Zareagowała impulsywnie, gdy zobaczyła parę wędrującą powoli z ciężkimi walizkami w upale. Coś w ich oczach – mieszanka godności i rozpaczy – poruszyło jej serce. Może to, jak Tadeusz delikatnie podpierał żonę, by ułatwić jej chodzenie, albo sposób, w jaki Halina poprawiała mu włosy z czułością, nawet w tych trudnych chwilach.

– Nie wiem – odpowiedziała szczerze. – Ale moja ciotka zawsze mówiła, że oczy nie kłamią, a w waszych widzę dobroć.

W tej chwili Piotruś wybiegł z domu w piżamie, z włosami potarganymi po drzemce. Zatrzymał się nagle, widząc obcych w bramie, i schował za nogi matki, przyglądając się ciekawie.

Katarzyna pogłaskała syna po głowie.
– To Piotruś – powiedziała, uśmiechając się. – Piotrusiu, to pan Tadeusz i pani Halina. Może zamieszkają z nami.

Chłopiec wysunął się zza mamy i nieśmiało pomachał. Halina poczuła ucisk w piersi. Tak dawno nie miała kontaktu z małym dzieckiem. Tadeusz zdjął kapelusz i lekko się skłonił, witając chłopca z szacunkiem, jaki okazywał wszystkim, niezależnie od wieku.

– Dzień dobry, młody Piotrusiu – powiedział głębokim, życzliwym głosem. – Miło cię poznać.

Piotruś roześmiał się szeroko. Nikt dotąd nie nazywał go “młodym Piotrusiem”. Spodobało mu się, jak pan zwracał się do niego z szacunkiem.

Rozmowa przeciągnęła się do południa. Katarzyna opowiedziała o swojej pracy, o tym, jak odziedziczyła gospodarstwo i o trudach samotnego wychowywania dziecka. Tadeusz i Halina mówili o latach małżeństwa, o tym, jak poznali się na wiejskiej zabawie, gdy ona miała 17 lat, a on 21. Opowiedzieli o swoich zawodach – Halina była emerytowaną nauczycielką podstawówki, a Tadeusz stolarzem.

Nie powiedzieli jednak prawdziwego powodu, dla którego byli w drodze. Halina nie wspomniała o swojej jedynej córce, Dorocie, która zerwała z nimi kontakt sześć miesięcy wcześniej po straszliwej kłótni. Tadeusz nie opowiedział o problemach z pamięcią, które zaczęły się ostatnio nasilać, ani o tym, jak bardzo przerażało to Halinę każdej nocy.

Dom, który Katarzyna im pokazała, był skromny, ale przytulny – trzy małe pokoiki, kuchnia połączona z salonem, łazienka i ganek wychodzący na ogród. Ich pokój znajdował się z tyłu, z oknem wychodzącym na sad jabłoni, który ciotka Zofia zasadziła lata temu.

– Jest mały, ale czysty – powiedziała Katarzyna, trochę zawstydzona prostotą domu. – Łóżko jest jednoosobowe, ale mogę coś lepszego znaleźć, jeśli zostaniecie.

Halina pogładziła materac. Ile czasu minęło, odkąd spała w łóżku, które nie było pożyczone albo w schronisku? Tadeusz otworzyłKiedy w końcu wszyscy zasiedli w ogrodzie pod rozgwieżdżonym niebem, Piotruś wtulił się w Halinę, a Tadeusz zagrał na gitarze cichą kołysankę, Katarzyna zrozumiała, że tamtej zakurzonej drodze zawdzięcza nie tylko dach nad głową dla samotnych staruszków, ale prawdziwą rodzinę, która zrodziła się z wzajemnej potrzeby i odrobiny szaleństwa.

Leave a Comment