Wróciłem, by zaskoczyć rodziców… ale to, co znalazłem, rozwaliło cały mój świat.
Samochód Leonarda Kowalskiego przedzierał się przez lodowatą mgłę otulającą Zakopane, miasto z pocztówek, gdzie mróz szczypie niemiłosiernie. Wrócił trzy dni wcześniej niż planował. Kontrakt został sfinalizowany szybciej, a w jego głowie był tylko jeden obraz: ojciec śmiejący się z tym dumnym „no, synu”, i matka nalewająca mu kawę, jakby tym jednym gestem mogła uleczyć wszystkie jego zmęczenie.
To on sprowadził tu pana Ryszarda i panią Krystynę z Polski, kiedy jego firma wystrzeliła. „Teraz czas, żebyście żyli spokojnie” – obiecał im, przekonany, że luksus może spłacić dług miłości. W tej willi z ogrzewaniem podłogowym, nienagannym ogrodem i ogromnymi oknami, jego rodzice mieli wreszcie mieć to, czego nigdy nie mieli: spokój.
Tyle że po przyjeździe coś się nie zgadzało.
Światła w salonie były zgaszone. Tylko para okien na piętrze świeciła jak zmęczone oczy. Leonard zmarszczył brwi. Była ósma wieczorem, stanowczo za wcześnie, by wszyscy już spali.
Wcisnął pilota do bramy. Otworzyła się powoli. Zaparkował w ciepłym garażu. Wysiadł z walizką w ręce… i wtedy ich zobaczył.
Dwie ludzkie postacie siedziały w śniegu, wtulone w siebie na stopniach przy bocznych drzwiach. Przez sekundę pomyślał, że to jacyś bezdomni szukający schronienia. Ale serce zamarło mu, gdy światło latarni ogrodowej padło na znaną twarz.
—Nie… nie może być! — wyszeptał.
To byli jego rodzice.
Pan Ryszard trząsł się w cienkim podkoszulku i piżamowych spodniach, z sinymi wargami. Pani Krystyna miała na sobie bawełnianą sukienkę, bez żadnego okrycia, z włosami przylepionymi do czoła od wilgoci. Siedzieli tam na zewnątrz, jakby ktoś wygonił ich, nie dając nawet chwili na zabranie czegokolwiek.
Leonard upuścił walizkę i pobiegł. Poślizgnął się lekko, przyklęknął przed nimi i objął ich oboje naraz, jakby mógł ogrzać ich samym swoim ciałem.
—Tato! Mamo! Co wy tu robicie? Kto… kto was tak zostawił?
Pan Ryszard uniósł twarz. Łzy zamarzły mu na policzkach.
—Synku… wróciłeś… — jego głos był ledwie nitką — Twoja żona powiedziała, że nie możemy już być w środku.
W Leonardzie krew zawrzała.
—Marianna? — wypowiedział jej imię z niedowierzaniem. Jego żona, elegancka, uśmiechnięta, ta sama, która podczas obiadów witała jego rodziców oficjalnymi pocałunkami. — Co ty mówisz, mamo?
Pani Krystyna przycisnęła dłoń do piersi i wybuchnęła cichym płaczem.
—Powiedziała, że dzwoniłeś z podróży… że jesteś zmęczony… że nie chcesz, żebyśmy tu dłużej byli… że zawadzamy.
Słowo „zawadzamy” rozłupało mu duszę.
—To kłamstwo! Nigdy bym tak nie powiedział!
Spróbował otworzyć frontowe drzwi. Nie ustąpiły. Zaczął w nie walić. Dzwonił. Nic. Szukał swoich kluczy. Nie pasowały.
Zamek… został wymieniony.
Podniósł wzrok na okno sypialni. Za firanką zarysowała się sylwetka. Marianna była tam, obserwowała całą scenę jak obcy film.
—Marianna! — krzyknął Leonard. — Otwieraj natychmiast!
Zadzwonił na jej komórkę. Usłyszał sygnał… w środku domu. Nie odebrała.
Zaczął padać gęstszy śnieg. Pan Ryszard kaszlał sucho. Pani Krystyna nie mogła przestać się trząść.
Leonard nie myślał. Pobiegł na tyły domu, gdzie pamiętał małe okienko do piwnicy, które często było rozszczelnione. Wsunął zdrętwiałe dłonie, wyważył ramę… i wślizgnął się do środka.
Wewnątrz dom był ciepły i pachnący, jak szyderstwo.
Wbiegł po schodach i zaczął walić w drzwi sypialni.
—Otwórz! Natychmiast!
Z drugiej strony Marianna odezwała się spokojem, który mroził krew w żyłach.
—Wróciłeś za wcześnie, Leon.
—Moi rodzice są na zewnątrz, na mrozie! Jaką trzeba być osobą, żeby coś takiego zrobić?
—Nic im nie jest. To nie tak, że mieli tam zostać na zawsze.
To zdanie zabiło w nim serce bardziej niż zimno.
—Mogli umrzeć!
Drzwi otworzyły się na szerokość łańcucha. Marianna stała za nimi nienaganna: idealny makijaż, jedwabny szlafrok, zimne spojrzenie.
—Musisz coś zrozumieć — powiedziała. — Twoi rodzice nie mogą tu mieszkać wiecznie.
—To moi rodzice.
—A ja nie podpisywałam umowy o opiekunkę do starców — rzuciła, nie mrugając. — Jeśli chcesz bawić się w idealnego syna, proszę bardzo… ale nie w moim domu.
Leonard poczuł cios w żołądek.
—Twoim domu? Ten dom kupiłem ja.
Marianna wykrzywiła się w uśmiechu.
—Zobaczymy.
Leonard zszedł na dół bez słowa. Otworzył drzwi od środka i wyciągnął rodziców z zimna jak skarb z pożaru. Posadził ich na kanapie, przyniósł koce, zrobił herbatę. Czuwał przy nich całą noc, wsłuchując się w ich oddech, czując się winny, że nie widział wcześniej żadnych znaków.
O szóstej rano usłyszał kroki. Marianna zeszła z walizką, jakby to był zwyczajny dzień.
—Musimy porozmawiać — powiedział Leonard, blokując jej drogę.
—Nie mam z kim rozmawiać — odparła. — Już dokonałeś wyboru.
—Wybrałem uratowanie rodziców.
—No to zadzwoń, gdy zdecydujesz, co jest dla ciebie ważniejsze: oni czy ja.
I wyszła, a drzwi zatrzasnęły się za nią z hukiem jak po wystrzale.
Pan Ryszard, już obudzony, podniósł się z wysiłkiem.
—Synu… to… to nie był pierwszy raz — wyznał ze wstydem.
Leonard spojrzał na niego uważnie.
—Co masz na myśli?
—Od tygodni mówiła nam, że za dużo wydajemy, że jesteś zmęczony… i że jakaś „pomoc” do nas przyjdzie.
—Pomoc? Jaka pomoc?
Pani Krystyna przygryzła wargę.
—Taka dziewczyna… nazywa się Roksana. Marianna powiedziała, że to ty ją zatrudniłeś.
Leonard poczuł, jak coś zaczyna pasować… ale jak w sinym puzzlu.
Tego dnia był wtorek. Jeśli Roksana przychodziła „w każdy wtorekI czekał.



