Pracownica z dziećmi w pracy – reakcja szefa zaskakuje wszystkich4 min czytania.

Dzielić

**Dziennik Pauliny**

Otworzyłam drzwi do pokoju, w którym zostawiłam córeczki, i zamarłam. Milioner Dominik Nowak, mężczyzna, który nigdy się nie uśmiechał, klęczał na podłodze z ogromnym tortem w dłoniach, fałszując „sto lat” dla moich bliźniaczek. Dziewczynki krzyczały z radości, a ja w tej sekundzie poczułam, że dzieje się coś niemożliwego.

Nie wiedziałam wtedy, że ten moment stanie się pierwszym krokiem do finału, który zmieni nasze życie na zawsze.

Każdego ranka budziłam się o piątej – szybka kawa, zimny prysznic, cichy buziak dla śpiących córeczek i bieg na dwa autobusy do centrum Warszawy. Pracowałam jako sprzątaczka w biurze Dominika Nowaka, milionera z branży finansowej.

Znasz ten typ szefa, który nawet na ciebie nie spojrzy, który przechodzi obok, jakbyś był powietrzem? To był on. Zimny, niedostępny, zawsze w idealnie skrojonym garniturze i z kamienną twarzą. Taki człowiek, którego się szanuje, ale trzyma na dystans.

Miałam dwie córeczki – Zosię i Hanię, obie trzyletnie, moje promyczki radości. Codziennie zostawiałam je u pani Jadzi, sąsiadki z drugiego piętra, która opiekowała się nimi za niewielkie pieniądze. Ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, ale jakoś się udawało. Aż pewnego dnia, w samym dniu urodzin dziewczynek, pani Jadzia zadzwoniła wczesnym rankiem – miała gorączkę i nie mogła przyjąć dzieci.

Wpadłam w panikę. Zadzwonić do pracy i powiedzieć, że nie przyjdę? Stracić cały dzień zarobku? Nie mogłam. Potrzebowałam tej pracy bardziej niż powietrza. Podjęłam najryzykowniejszą decyzję w życiu – zabrałam Zosię i Hanię ze sobą, z torbą pełną zabawek, ciasteczek i soczku, i przemyciłam je do biura.

Wpadłam do małej sali na końcu korytarza, takiej po archiwum, gdzie nikt nie zaglądał. Rozłożyłam stolik, zabawki i szepnęłam: „Dziewczynki, bawcie się tu cichutko, dobrze? Mama zaraz wróci. Ani słowa, na miłość boską.” Skinęły posłusznie główkami, ich wielkie oczy pełne zaufania. Zamknęłam drzwi, wstrzymałam oddech i zaczęłam pracę.

Wszystko było w porządku. Aż do trzeciej po południu, gdy Dominik musiał znaleźć stare dokumenty. I zgadnijcie, gdzie one były? Właśnie w tej salce. Otworzył drzwi, wszedł pewnym krokiem i… zastygł. Dwie identyczne dziewczynki w czerwonych sukienkach i kokardach we włosach siedziały na podłodze, otoczone lalkami. Spojrzały na niego szeroko otwartymi oczami, a jedna z nich, Zosia, wstała, podbiegła i zapytała najsłodszym głosikiem: „Pan przyszedł na nasze urodziny?”

Dominik oniemiał. Mrugnął kilka razy. Skąd tu wzięły się dzieci? Co one tu robią? Zanim zdążył cokolwiek pomyśleć, Hania już chwyciła go za rękę. „Pobaw się z nami! Dzisiaj mamy urodziny!”

I wiecie, co się stało? Ten surowy, poważny mężczyzna, właściciel majątku, o jakim większość może tylko marzyć… stopniał. Usiadł na podłodze, wziął lalkę, zaczął mówić śmiesznym głosem. Dziewczynki się śmiały, on też. Śmiał się tak, jakby zapomniał, że potrafi.

Pół godziny później Dominik wyszedł z sali i powiedział do recepcjonistki: „Chcę tort urodzinowy tutaj za dwadzieścia minut. I różowe balony.” Recepcjonistka omal nie spadła z krzesła. „Panie dyrektorze, ma pan zebranie…”

„Odwołaj.”

Gdy wbiegłam sprawdzić, czy córeczki są w porządku, omal nie dostałam zawału. Dominik Nowak, najgroźniejszy milioner w Warszawie, klęczał na podłodze z gigantycznym tortem, otoczony balonami, fałszując „sto lat”, a Zosia i Hania klaskały i krzyczały z zachwytu. Zrobiłam się biała jak ściana.

„Proszę pana, ja mogę wyjaśnić…”

Wstał, otarł rękę o drogogarniturowe spodnie i… uśmiechnął się. Po raz pierwszy od dwóch lat zobaczyłam, jak się szczerze uśmiecha.

„Nie musisz nic wyjaśniać. To twoje córki?”

„Tak. Sąsiadka zachorowała, nie miałam z kim ich zostawić…”

Podniósł dłoń. „Oddychaj. Wszystko w porządku. I, słuchaj, jeśli będziesz musiała, możesz je zawsze zabierać ze sobą. Znajdziemy rozwiązanie.”

Nie wierzyłam własnym uszom. Czy to sen?

Od tamtego dnia wszystko się zmieniło. Dominik zaczął codziennie zaglądać do sali. Przynosił nowe zabawki, rozmawiał z dziewczynkami, pytał o moje życie. „Jak sobie radzisz sama z dwójką?” – dopytywał. Odpowiadałam nieśmiało, ale stopniowo zaczęłam się otwierać. Opowiedziałam, że ojciec dziewczynek zniknął, gdy byłam w ciąży, że pracuję od czternastego roku życia, że marzę o własnym, choćby malutkim, mieszkaniu.

A Dominik? On też zaczął mówić o samotności. O tym, jak to jest mieszW końcu pewnego letniego wieczoru, gdy słońce zachodziło za oknami ich domu, Dominik uklęknął przed Zosią i Hanią i zapytał cicho: „A co powiecie, jeśli od dziś będę waszym tatą?”, a one, zawiesiwszy na chwilę zabawki, rzuciły mu się w ramiona, krzycząc: „Tak!”, a ja, stojąc w drzwiach, zrozumiałam, że nasza rodzina w końcu jest kompletna.

Leave a Comment