Noc była cicha, przerywana tylko dalekim szumem samochodów na autostradzie A2 w okolicach Poznania. Agnieszka Nowak siedziała sama w salonie, trzymając w dłoniach letnią filiżankę herbaty.
Jej mąż, Krzysztof, obiecał wrócić do domu przed siódmą po późnym spotkaniu. O północy Agnieszka dziesięciokrotnie wybrała jego numer – bez odpowiedzi. O drugiej w nocy w końcu zatelefonowano do niej.
Nie był to Krzysztof. To była policja.
„Pani Nowak” – powiedział funkcjonariusz, jego głos był ciężki i wyćwiczony – „z przykrością informujemy, że samochód pani męża został znaleziony rozbity nad brzegiem rzeki. Ciała nie odzyskano, ale stan pojazdu wskazuje, że… prawdopodobnie nie przeżył.”
Filiżanka wypadła z rąk Agnieszki, rozbijając się na podłodze. Bez ciała? Prawdopodobnie nie przeżył? W kolejnych dniach dom stał się grobowcem. Przynosili lasagne, wiadomości z kondolencjami zalewały pocztę głosową, a cisza dusiła ją żałobą.
Ale potem w historii pojawiły się rysy.
Przeglądając dokumenty Krzysztofa, Agnieszka znalazła pokwitowanie z motelu datowane po jego rzekomej śmierci – podpisane jego charakterem pisma.
Serce waliło jej jak młot.
Wkrótce odkryła wypłaty z bankomatów w innych województwach. Sąsiadka nawet przysięgała, że widziała jego auto przy stacji benzynowej.
Prawda uderzyła jak nóż: Krzysztof upozorował własną śmierć.
Dlaczego?
Zdeterminowana, Agnieszka podążyła jego śladem. Odwiedziła motel w Łodzi wskazany w pokwitowaniu.
Zmierzwiony recepcjonista, przekupiony pięćdziesięcioma złotymi, przyznał, że Krzysztof nocował tam sam, pytał o autobusy na południe. W domu Agnieszka kopała głębiej i znalazła coś gorszego – wynajętą składzik pod pseudonimem „Marek Dąbrowski”.
W środku były kartony z gotówką, tanie telefony i podrobione dowody. Miesiące, może lata planowania.
Zdrada paliła. To nie było tylko porzucenie – to oszustwo. Gdyby Agnieszka zgłosiła się po ubezpieczenie, wiedząc, że żyje, stałaby się współwinna. Krzysztof zostawił ją w żałobie i pułapce.
Zamiast iść na policję, Agnieszka poprosiła o pomoc emerytowanego detektywa, Tomasza Kowalskiego, który był winny jej rodzinie przysługę. Razem prześledzili ruchy Krzysztofa. Dwa tygodnie później Tomasz zadzwonił.
„Twój mąż jest w Krakowie. Pracuje w przystani pod fałszywym nazwiskiem.”
Agnieszka nie zwlekała. Poleciała na południe.
W przystani dostrzegła go – opalonego, chudszego, śmiejącego się z obcymi, z czapką naciśniętą na oczy. Żywego. Tej nocy patrzyła w lustro hotelowe, rozdarta między odejściem a konfrontacją. Wybrała to drugie.
Gdy Krzysztof otworzył drzwi swojego nędznego mieszkania, krew odpłynęła mu z twarzy.
„Agnieszka” – wyjąkał.
„Niespodzianka” – odparła zimno, wchodząc do środka.
Mówił coś o długach, „niebezpiecznych ludziach”, ale Agnieszka znała już prawdę – hazard, skryte pożyczki, podwójne życie. Nie przetrwanie. Tchórzostwo.
„Zostawiłeś mi długi, żałobę i wstyd” – powiedziała ostro. „Chciałeś, żebym zgłosiła twoje ubezpieczenie, gdy ty grałeś ducha. Myślałeś, że posprzątam twój bałagan.”
Wyciągnęła zdjęcia – składzik, fałszywki, gotówkę. Jego twarz stała się biała.
„Wytropiłaś mnie?” – szepnął.
„Właśnie tak” – odparła. „A teraz staniesz przed wszystkim, od czego uciekłeś.”
Następnego ranka Krzysztof był w kajdankach. Oszustwo, sfingowana śmierć, fałszywe tożsamości – wszystko wyszło na jaw. Agnieszka powiadomiła policję i ubezpieczyciela. Patrzył na nią jak na zdrajczynię, ale ona czuła tylko ulgę.
Nagłówki w mediach eksplodowały: „Poznaniak udaje śmierć, żona go przechytrza”.
Sąsiedzi plotkowali, dziAgnieszka odeszła z podniesioną głową, świadoma, że od teraz sama pisze swoje zakończenie.



