Przejeżdżał obojętnie. Zerknął w lusterko, zobaczył złożone łapki i wdepnął hamulec…5 min czytania.

Dzielić

Kazimierz Borek, emerytowany komandos, myślał, że widział już wszystko. Przeprowadził się do zapadłej wsi Jarzębiny, by zapomnieć o wojnie, a nie by zaczynać nową. Lecz pewnego mroźnego wtorkowego ranka, pośród leniwego nurtu ruchu na krajowej szóstce, wojna znalazła go. Siedziała na betonowym pasie zieleni, centymetry od pędzących tirów. Owczarek niemiecki, zaniedbany i wygłodzony. Nie szczekała. Nie uciekała.

Siedziała na tylnych łapach, przednie miała złożone w desperackim, drżącym geście modlitwy. Obok niej stała brudna, styropianowa lodówka.

Instynkt Kazimierza krzyczał „Nie zatrzymuj się”. Ale wyraz jej bursztynowych oczu nie był wyrazem strachu. Był spojrzeniem żołnierza, który broni ostatniej linii obrony.

Zjechał na pobocze. Otworzył lodówkę. W środku były trzy maleńkie, zmarznięte szczenięta. Lecz gdy suka wskoczyła do jego terenówki, nie zwinęła się, by zasnąć. Siedziała wyprostowana, obserwując drogę, wypatrując niebezpieczeństwa, które, jak wiedziała, podąża za nimi.

Kazimierz myślał, że po prostu ratuje psa. Nie wiedział, że pojedyncza zardzewiała litera na jej obroży jest kluczem do mrocznej tajemnicy, w którą zamieszana jest bezbronna staruszka, bezwzględny deweloper i zbrodnia, o której całe miasto bało się mówić.

Aż do teraz…

Kazimierz minął ją.

Wtedy to zobaczył.

W lusterku wstecznym – te same łapy znów złożone, drżące podmuchem wiatru od przejeżdżających ciężarówek.

Nie proszące o jałmużnę.
Szykowające się na cios.

Wdepnął hamulec.

Zakrzyczały opony. Za nim zatrąbił klakson. Nie przejął się tym.

Cofnął się wzdłuż pobocza, z sercem walącym w rytmie, którego nie czuł od czasów misji w Afganistanie.

Suka nie drgnęła.

Nie cofnęła się.

Tylko na niego patrzyła.

Kazimierz wysiadł powoli, z otwartymi dłońmi. „Spokojnie, dziewczyno…”

Z bliska mógł zobaczyć, że jej stan był gorszy, niż myślał. Żebra jak szczeble drabiny. Zaschnięta krew w sierści. Jedno ucho rozdarte.

A na jej szyi –

Popękana skórzana obroża z pojedynczą, zardzewiałą blaszką.

Nie z imieniem.

Tylko jedna wygrawerowana litera:

M

Ukucnął przy lodówce.

Trzy szczenięta w środku. Ledwie żywe. Ich maleńkie ciałka trzęsły się tak mocno, że styropianowe pudełko dudniło.

Kazimierz zaklął pod nosem i zdjął kurtkę, owijając ją wokół nich.

Suka nie stawiała oporu, gdy je podniósł.

Ale nie przestawała skanować wzrokiem autostrady.

Wypatrywać.

Czekać.

Na co?

Dziesięć minut później była w jego aucie.

Nagrzewnica lała ciepłe powietrze. Szczenięta były wtulone w starą torbę sportową na fotelu pasażera.

Lecz suka siedziała wyprostowana na kanapie obok niego.

Szltywniała.

Wzrok utkwiony w lusterku wstecznym.

Kazimierz też na nie spojrzał.

Czarny pickup zwolnił, gdy się zatrzymywał.

Wciąż tam był.

Trzy samochody za nim.

Trzymając dystans.

Jego szczęka się zaciśnęła.

„Tak”, mruknął. „Też go widzę”.

Zjechał na najbliższym zjeździe bez kierunkowskazu.

Pickup zrobił to samo.

Teraz jego puls był równy.

Kontrolowany.

Gotowy do działania.

Skręcił w żwirową drogę serwisową wiodącą w stronę starej dzielnicy fabrycznej.

Pickup podążył za nim.

Suka wydała cichy, ledwie słyszalny wark.

Nie przestraszona.

Ostrzegająca.

Kazimierz uśmiechnął się lekko.

„Dobrze”, powiedział cicho. „Zobaczmy, kto kogo tu poluje”.

Dodał gazu.

Jarzębiny niegdyś miały tartak, który wykarmiał pół powiatu. Teraz miały zardzewiałe hale i powybijane szyby – dobre miejsca na rozmowę, której nikt nie chciałby nagrać.

Kazimierz wjechał pod opuszczoną rampę rozładunkową i zgasił silnik.

Czarny pickup wtoczył się trzydzieści sekund później.

Wysiedli dwóch mężczyzn.

Jeden miał na sobie dopasowany płaszcz, stanowczo za drogi na to miasto. Drugi był zbudowany jak lodówka z pięściami.

Deweloper.

Kazimierz rozpoznał go z ulotek w urzędzie gminy.

Dariusz Halicki.

Człowiek, który wykupował pół Jarzębin pod „projekt rewitalizacji nadrzecznej”.

Ten sam projekt, który w ostatnim miesiącu zmusił trzech starszych mieszkańców do sprzedaży swoich domów.

W tym –

Pamięć Kazimierza zaskoczyła.

Starsza pani mieszkająca koło krajówki szóstki.

Małgorzata Domańska.

Wszyscy nazywali ją „Gosią”.

M.

Obroża suki.

Halicki uśmiechnął się cienko. „To nasz pies”.

Kazimierz oprzytł luźno o auto. „Nie widziałem twojego nazwiska na niej”.

„Zwierzę odeszło z prywatnej posesji”.

Suka stała teraz w samochodzie, z sierścią zjeżoną na karku, z ledwie widocznymi zębami.

Uśmiech Halickiego zbladł.

„Podniosłeś coś, co do ciebie nie należy”.

Kazimierz złożył ręce na piersi.

„Zabawne. Właśnie chciałem powiedzieć to samo”.

Oczy Halickiego stwardniały. „Nie chcesz się w to mieszać”.

Kazimierz przechylił lekko głowę. „W co? W porzucenie zwierząt? W usiłowanie zabójstwa przez wychłodzenie?”

Większy mężczyzna zrobił krok do przodu.

Suka zaszczekała – ostro i gwałtownie.

Szczenięta zajęczały.

Maska Halickiego opadła na pół sekundy.

Kazimierz to zobaczył.

Strach.

Nie przed nim.

Przed tym, co suka reprezentowała.

„Jest dowodem, prawda?” – powiedział cicho Kazimierz.

Halicki nie odpowiedział.

Nie musiał.

Kazimierz odsunął się od samochodu.

„Kupiłeś ziemię Małgorzaty Domańskiej za bezcen. Zasądziłeś wywłaszczenie jej domu. Twierdziłeś, że jest niebezpieczny”.

Cisza.

„Projekt nadrzeczny wymagał jej działki, by móc ruszyć”.

Szczęka Halickiego zadrgała.

Głos Kazimierza stał się zimniejszy.

„Ale ona nie chciała sprzedać”.

Suka wydała kolejny niski warkot.

„Więc dom spłonął”.

Błysk w oczach Halickiego.

Oto i to.

„Tragiczny pożar caused by instalacja elektryczna” – powiedział Halicki równo.

Kazimierz powoliKazimierz poczuł, jak zimna determinacja napływa do jego żył, bo teraz wiedział, że ta walka dopiero się zaczyna.

Leave a Comment