Prześladowali kelnerkę – nie spodziewali się reakcji komandosa i jego psa4 min czytania.

Dzielić

Neonowy szyld „Bar Podróżnika” migotał leniwie, jakby też miał ochotę zasnąć. To była jedna z tych przydrożnych knajp, które trzymają się uporem: odgrzewana kawa, stara muzyka z jukeboxa i zapach smażonego tłuszczu, który wsiąka w ubrania.

Alicja Kowalska miała za sobą sześć godzin zmiany. Nogi paliły ją ogniem, fartuch upstrzony był sosem, a uśmiech przyklejony do twarzy, choć w środku marzyła tylko o pięciu minutach siedzenia.

Tego wieczoru jednak uśmiech zaczął ją boleć.

Zauważyła ich, gdy wchodzili: trzech mężczyzn w skórzanych kurtkach, ciężkich butach, głośnych śmiechach. To nie byli zwykli goście. Wnosili ze sobą pewność, jakby świat był im coś winien.

—No popatrzcie, jaka obsługa —zachichotał ten z rzadką brodą, przepychając się przez drzwi ramieniem.

Alicja spuściła wzrok, skupiając się na swojej pracy. W takich miejscach czasem lepiej było nie słuchać. Czasem lepiej stać się niewidzialną.

Lecz niewidzialność nie działa, gdy ktoś cię wybiera na cel.

Mężczyźni rozsiedli się przy barze. Nie zamawiali od razu. Najpierw się jej przyglądali. Potem zaczęli mówić, nie mówiąc bezpośrednio: komentarze z przymrużeniem oka, gwizdy, zdania, które tylko dla nieznających kontekstu brzmiały jak żarty.

—Hej, blondynko, masz coś gorętszego od tej kawy? —rzucił jeden, a reszta wybuchła śmiechem.

Alicja zacisnęła dłonie na tacy. Odpowiedź mogła być benzyną do ognia, ignorowanie – prowokacją. Wybrała to drugie, jak zawsze.

—Co podać? —zapytała, starając się zachować neutralność.

—To, co nam polecisz, skarbie —odparł ten z blizną nad okiem. —Ale z bliska.

Ciało Alicji spięło się instynktownie. Rozejrzała się, szukając wzrokiem pana Marka, kucharza, albo pani Zofii, właścicielki. Marek był zajęty przy grillu, Zofia liczyła pieniądze w kasie. W barze było pół na pół: kierowcy ciężarówek jedzący w milczeniu, starsze małżeństwo dzielące się chlebem, dwójka studentów z plecakami. Ludzie zmęczeni, ludzie, którzy chcieli tylko skończyć swój dzień.

Ludzie, którzy z lęku nauczyli się nie wtrącać.

Alicja odwróciła się po dzbanek z kawą. W tym momencie poczuła, jak jeden z mężczyzn wstaje i podchodzi zbyt blisko.

Otoczyli ją, zanim ktokolwiek zorientował się, co się dzieje: ona między barem a stołami, oni wokół niej, jakby to była zabawa. Dla nich zabawa. Dla niej pułapka.

—Nie uciekaj, ślicznotko —szepnął ten z blizną, tak blisko, że czuła oddech alkoholem i papierosami. —Chcemy tylko pogadać.

Alicja przełknęła ślinę.

—Proszę… dajcie mi pracować.

Dłoń jednego spoczęła na jej talii, jakby miał do tego prawo. Odskoczyła, próbując przemieścić się w stronę kuchni, lecz ten z brodą zagrodził jej drogę z uśmiechem.

—Oj, jaka wrażliwa —zaśmiał się. —Czyżbyś się bała?

Ich śmiech stał się głośniejszy, a wraz z nim pojawił się drżenie — nie z powodu niezdarności, ale dlatego, że ciało wyczuwa zagrożenie przed umysłem. Tala poślizgnęła się jej w dłoni. Gorąca kawa wylała się na blat, jak mały wypadek, który krzyczał za nią.

—Patrzcie, co narobiłaś! —zażartował jeden, po czym złapał ją za rękę.

Nie chwycił mocno, żeby ją przesunąć. Chwycił mocno, żeby zostawić ślad.

Alicja wydusiła z siebie stłumiony jęk. Ramię paliło. Oczy także.

—Puśćcie mnie… proszę —powiedziała, a głos jej się załamał.

W tej samej chwili coś się w barze zmieniło.

Nie było krzyku. Nie było eksplozji. Tylko cisza. Jakby powietrze nagle stanęło w miejscu.

Łyżki zatrzymały się w pół drogi do ust. Muzyka z jukeboxa, ledwo słyszalna, ucichła. Kierowcy zastygli, wpatrzeni w scenę. Nawet starsze małżeństwo przestało jeść.

Trzej mężczyźni niczego nie zauważyli. Śmiali się dalej, przekonani, że to miejsce to tylko kolejny przystanek na trasie, gdzie nikt nie ma znaczenia. Gdzie oni rządzą.

Nie widzieli mężczyzny siedzącego w kącie przy oknie.

Był tam od jakiegoś czasu, ubrany skromnie: ciemna kurtka, jeansy, zniszczone buty. Nie wyróżniał się. Nie wyglądał na bogacza. Nie wyglądał na policjanta. Miał w sobie coś, co sprawiało, że można go było przeoczyć — jakby umiał stać się niewidzialnym, kiedy chciał.

Przed nim stała filiżanka kawy. U jego boku, spokojny jak żywa rzeźba, leżał owczarek niemiecki.

Pies nie szczekał. Nie warczał. Tylko patrzył.

Jego wzrok był jak linia prosta, przebijająca się przez bar i wbijająca się w tych trzech mężczyzn — jak ostrzeżenie, jak niPies wstał, a trzej mężczyźni zrozumieli, że dziś trafili nie na ofiarę, ale na tych, którzy nie pozwolą jej skrzywdzić.

Leave a Comment