CZĘŚĆ PIERWSZA: TRANSAKCJA
„To jest pięćdziesiąt złotych.”
Tylko tyle powiedziała. Jej głos był cichy, drżący, jak dzwonek poruszany wiatrem podczas burzy.
Park był prawie pusty, tylko suche liście wirowały po betonie. Siedziałem na zielonej ławce, której farba już się łuszczyła, obok wyschniętej fontanny, i wpatrywałem się w popękany chodnik. Nazywam się Krzysztof Sękowski. Mam trzydzieści lat. Kieruję korporacją technologiczną wartą miliardy. Trzy godziny temu patrzyłem, jak trumnę mojego ojca z mahoniu opuszczają w wilgotną ziemię. I nie czułem… absolutnie nic.
Nie smutku. Nie ulgi. Tylko pustkę, która odbijała się echem.
Mój ojciec był tytanem przemysłu, człowiekiem, który jednym słowem mógł poruszyć rynki, ale w domu był tylko duchem. Nauczył mnie, jak wrogie przejęcie konkurencji, jak ciąć koszty, jak zdominować zebranie zarządu. Ale nigdy nie nauczył mnie, jak prowadzić rozmowę, która nie była negocjacjami. Nigdy nie pokazał, jak być człowiekiem. Jego pogrzeb był efektywny, drogi i zimny. Tak jak on.
Poluźniłem jedwabny krawat, czując się jak najbiedniejszy człowiek na świecie, mimo że na moich kontach leżała dziewięciocyfrowa fortuna. Byłem kompletnie, całkowicie sam.
Wtedy ją zobaczyłem.
Małą dziewczynkę, może cztero- lub pięcioletnią, z płowymi, rozczochranymi lokami wymykającymi się spod różowej gumki. Miała sukienkę w słoneczniki, która już lepsze dni widziała, i trampki z obtartymi noskami. Podeszła prosto do mnie, ściskając „torebkę” z tektury oblepowaną srebrną taśmą.
„Cześć” – oznajmiła, podnosząc brodę, choć jej oczy nerwowo błądziły. „Mam pięćdziesiąt złotych. Potrzebuję tylko taty na jeden dzień.”
Mrugnąłem, mgła mojej apatii na chwilę się rozwiała. „Słucham?”
Zaczęła grzebać przy taśmie swojej torebki i wysypała jej zawartość na ławkę obok mnie. Nie było tam pięćdziesięciozłotówki. Była góra pomiętych jednogroszówek, kilka pięciozłotówek i garść drobniaków.
„Uzbierałam” – powiedziała, wskazując paluszkiem zabrudzonym ziemią. „Pieniądze od Zębowej Wróżki. Pieniądze od babci, zanim poszła do nieba. Nawet monety, które znalazłam w kanapie.”
Pochyliłem się, opierając łokcie na kolanach, mój garnitur od Armaniego lekko się napinając. „Dlaczego potrzebujesz taty, mała? I dlaczego pytasz obcego?”
Spuściła wzrok na swoje buty, kręcąc czubkiem trampka w ziemi. „Bo dzieci na placu zabaw mówią: ‘Emilka nie ma taty, żeby ją popchnąć na huśtawce.’ Mówią to ciągle. Kacper mówi, że tatusiowie podnoszą do dromaderów. A ja pomyślałam… że jeśli będę miała pięćdziesiąt złotych… może ktoś taki jak pan mógłby udawać. Tylko na dzisiaj. Jak w reklamach. Tatusiowie trzymają za rękę. Kupują lody. Nie odchodzą.”
Zamroziłem się. Powietrze uciekło mi z płuc.
Patrzyłem na jej małe, zniszczone rączki liczące skarby. Pięćdziesiąt złotych. Dla mnie to mniej niż błąd zaokrąglenia. Dla niej – całe jej imperium. Wszystko, co miała.
Nagle przypomniałem sobie, jak stałem w wieku siedmiu lat przed bramą szkoły, przemoknięty na deszczu, czekając na limuzynę, która spóźniła się trzy godziny, bo ojciec „zamykał deal”. Pamiętałem ból w piersi, palące pragnienie, by po prostu zostać wybranym. Być ważniejszym niż cena akcji.
Przełknąłem ślinę, która wydawała się składać z kawałków szkła.
„Nie musisz mi płacić” – szepnąłem, delikatnie zamykając tekturową portmonetkę. „Schowaj to.”
Jej buzia się skrzywiła, dolna warga zadrżała. „To za mało? Mogę przynieść więcej. W domu mam świnkę skarbonkę…”
„Nie” – odparłem, a mój głos się załamał. „To za dużo. Zatrzymaj swoje pieniądze. Jestem drogi, ale dla ciebie… dziś jestem za darmo.”
Jej oczy rozszerzyły się, lśniąc łzami. „Naprawdę? Będziesz moim tatą? Na prawdę?”
Wstałem, otrzepując pył z spodni. Wyciągnąłem dłoń. „Tak. Tylko na dziś. Jestem Krzysztof.”
Chwyciła moją rękę. Jej uścisk był zaskakująco silny. „Jestem Emilka. Najpierw” – oznajmiła, smutek natychmiast zastępując determinacją generała – „idziemy na lody. Dwie gałki. Z posypką.”
CZĘŚĆ DRUGA: DZIEŃ, KIEDY ŚWIAT SIĘ ZATRZYMAŁ
Następne sześć godzin spędziliśmy na wszystkim, czego brakowało mi w dzieciństwie.
Poszliśmy do lodziarni na ulicy Długiej. Kupiłem jej największy stożek – czekoladowy z truskawkowym i kolorową posypką. Lody lądowały na nosku. Lądowały na sukience. Śmiała się tak szczerze, że czułem, jak ten dźwięk zmywa brud z mojej duszy.
Poszliśmy na plac zabaw. Huśtałem ją tak wysoko, aż ramiona zaczęły mnie boleć.
„Wyżej, tato! Wyżej!” – krzyczała.
Za każdym razem, gdy mówiła „tato”, uderzało mnie to jak cios. Było to przerażające i ekscytujące. Widziałem, jak inni rodzice obserwują nas – mężczyznę w garniturze za trzy tysiące złotych i dziewczynkę w zniszczonej sukience. Pewnie myśleli, że jestem rozwodnikiem, który próbuje kupić uczucia. Nie wiedzieli, że jestem oszustem.
Ale przez te godziny nie byłem prezesem. Nie byłem „Toporem” polskiej branży IT. Byłem tatą Emilki.
Karmiliśmy kaczki nad stawem. Goniliśmy gołębie. Siedzieliśmy na trawie, a ona opowiadała mi o swoim życiu. Powiedziała, że jej mama pracuje na dwóch etatach. Że mieszkają w kamienicy, gdzie winda śmierdzi siusiu. Że chce zostać astronautką, żeby znaleźć babcię.
„A ty masz tatę?” – spytała, gryząc precelka.
„Miałem” – odparłem, patrząc w niebo. „Dziś go pochowałem.”
Przestała żuć. Wgramoliła się na moje kolano i objęła mnie lepkimi rączkami za szyję. „Przykro mi” – szepnęła.„Mój tata też umarł, ale teraz masz mnie” – powiedziała Emilka, a w tej jednej prostej chwili zrozumiałem, że prawdziwe bogactwo nie mierzy się w złotówkach, lecz w ludziach, którzy wyciągają do ciebie rękę, gdy świat wydaje się najciemniejszy.



