Samotna matka zabrała córkę do pracy. Nie spodziewała się, że szef przestępczego świata oświadczy jej się tego dnia.6 min czytania.

Dzielić

Elżbieta szorowała podłogi, by przeżyć. On był właścicielem połowy miasta i bez mrugnięcia okiem grzebał swoich wrogów. Ona uciekała przed potworem, który poprzysiągł ją zabić. On już stracił wszystko, co kochał, i liczył dni, aż śmierć upomni się również o niego. Ale gdy zdesperowana matka, ukrywająca chorą córeczkę, zawędrowała do posiadłości najgroźniejszego człowieka w Warszawie, żadne z nich nie spodziewało się, co wydarzy się potem.

Nazywali go Widmem, ponieważ ci, którzy stanęli mu na drodze, po prostu znikali. Jednak ten zimny zabójca, który nigdy nie okazywał litości, nie mógł oderwać wzroku od ośmiomiesięcznej dziewczynki, której oczy przypominały mu syna, którego pochował. Co się stanie, gdy człowiek, którego wszyscy się boją, stanie się jedynym, któremu ona może zaufać? Co się stanie, gdy kamienne serce zacznie pękać?

Czerwcowa noc w Warszawie była tak zimna, że oddech zdawał się zamarzać w chwili, gdy opuszczał usta. Zofia Nowak klęczała, szorując podłogę w łazience na dwunastym piętrze wieżowca przy Alei Jerozolimskich, gdy wibracja telefonu w kieszeni oderwała ją od pracy.

Spojrzała na zegar na ścianie: piąta rano. Nikt nie dzwonił o tej godzinie, chyba że coś było bardzo nie tak. Jej serce ścisnęło się w gęsty supeł paniki, gdy zobaczyła na wyświetlaczu numer żłobka. Szybko zdjęła gumowe rękawiczki, jej dłonie tak mocno drżały, że ledwie udało jej się odebrać.

Głos nauczycielki po drugiej stronie był monotonny i odległy, jakby odczytywała oficjalny komunikat. Laura od północy miała bardzo wysoką gorączkę. Dziewczynka nie przestawała kaszleć. Zasady żłobka były jasne: nie mogli przyjmować dzieci z oznakami choroby. Zofia musiała po nią natychmiast przyjechać.

Zanim Zofia zdołała wykrztusić słowo, prośbę, błaganie, rozmowa się zakończyła. Zerwała się na równe nogi, świat wirując wokół niej. Laura. Jej malutka, ośmiomiesięczna córeczka, jedyna osoba, która jej pozostała na tym świecie.

Zofia wybiegła z budynku bez słowa do nikogo, rzucając się w zimną, ciemną noc. Mżył drobny, uporczywy deszcz, a krople smagały jej twarz jak maleńkie igiełki. Przebiegła trzy przecznice, bo nie miała pieniędzy na taksówkę ani Ubera. Gdy wreszcie dotarła do żłobka, jej usta były sine, a nogi odmawiały posłuszeństwa.

Laura była na rękach nauczycielki, jej buzia zaczerwieniona od gorączki. Jej cichy płacz brzmiał jak miauczenie porzuconego kociaka. Zofia wzięła córeczkę na ręce, czując, jak gorąco promieniuje z maleńkiego ciała przez cienkie warstwy ubranek. Jej dziecko płonęło.

Zaniosła Laurę z powrotem do wynajętego, nędznego pokoju w kamienicy na Grochowie. Pomieszczenie miało ledwie dziesięć metrów kwadratowych, ściany były poplamione pleśnią i wilgocią, a okno załatane taśmą, bo szyba wypadła dawno temu. Kaloryfer był zepsuty od dwóch tygodni. Właściciel obiecał go naprawić, ale nigdy się nie pojawił.

Zofia położyła Laurę na łóżku, otuliła ją wszystkimi kocami, jakie posiadała, i otworzyła apteczkę. Była pusta. Ostatnią dawkę leku przeciwgorączkowego zużyła w zeszłym tygodniu i nie miała pieniędzy, by kupić nową. Gorące łzy popłynęły jej po policzkach, gdy patrzyła, jak jej córeczka wije się w gorączkowym bólu.

Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem była to firma sprzątająca. Zofia odebrała, a głos jej przełożonego zabrzmiał szorstko i zirytowanie. Gdzie ona jest? Dlaczego porzuciła swoją zmianę? Zofia próbowała wyjaśnić sprawę Laury, gorączkę, potrzebę wzięcia dnia wolnego.

Przełożona przerwała jej. Tego dnia było specjalne zlecenie, klient VIP, rezydencja na Sadybie. Jeśli się nie pojawi, jest zwolniona. Bez wyjątków.

Zofia chciała krzyczeć. Chciała rzucić telefon o ścianę, ale nie mogła. Gdyby straciła pracę, nie miałaby pieniędzy na czynsz, na mleko dla Laury, na lekarstwa. Ona i jej córka wylądowałyby na ulicy, w tym brutalnie zimnym okresie. A Ricardo, jej agresywny były mąż, który ścigał ją po mieście, znalazłby ją łatwiej niż kiedykolwiek.

Zofia spojrzała na Laurę, która zapadała w gorączkowy, niespokojny sen. Nie miała komu zostawić córeczki. Jej matka nie żyła. Przyjaciele zniknęli. Była sama w mieście liczącym dwa miliony mieszkańców, bez jednej przyjaznej dłoni.

Podjęła jedyną decyzję, jaką mogła.

Zofia ubrała Laurę w dodatkowe warstwy ubrań, otuliła ją trzema kocami i włożyła do wózka, który kupiła w second-handzie za dwadzieścia złotych. Włożyła butelkę, pieluchy i lek przeciwgorączkowy pożyczony od sąsiadki do torby. Potem wypchnęła wózek z ciemnego pokoju i weszła w szarą mżawkę.

Adres z wiadomości zaprowadził ją na Sadybę, gdzie mieszkali najbogatsi ludzie w Warszawie. Zofia nigdy wcześniej tu nie była. Mijała nieskazitelnie czyste ulice, wystawy luksusowych butików, importowane samochody ustawione wzdłuż chodników. Czuła się jak plama na idealnym obrazie.

Gdy zatrzymała się przed wskazanym adresem, jej serce prawie stanęło. Przed nią wznosiła się kolosalna, ciemna jak noc rezydencja z potężnymi żelaznymi wrotami, na których wyryto warczące lwie paszcze. Zofia nie wiedziała, że stoi przed bramami piekła, a jego właściciel czekał w środku.

Zofia stała przed żelazną bramą przez dłuższą chwilę, nie mając odwagi wejść. Laura pojękiwała w wózku, jej cichy płacz pochłonięty przez wiatr i deszcz. Zofia wzięła głęboki oddech i pchnęła ciężką bramę. Otworzyła się bezgłośnie, jakby perfekcyjnie naoliwiona, jakby zapraszała swoją ofiarę do środka.

Ścieżka z czarnych kamieni poprowadziła ją przez jałowy ogród. Po obu stronach rozrzucone były kamienne posągi, ich zimne twarze pokropione mżawką, puste oczy zdawały się śledzić jej każdy krok. Zofia wzdrygnęła się i mocniej pociągnęła koc na twarz Laury. Szła szybciej, koła wózka uderzając o kamienieSzła szybciej, koła wózka uderzając o kamienie, a w sercu czuła, że ta decyzja zmieni jej życie na zawsze.

Leave a Comment