Rozdział 1: Dziewczynka w różowym płaszczu przeciwdeszczowym
Deszcz wreszcie ustał, pozostawiając po sobie ciężkie, duszące, szare niebo, które zdawało się przygniatać wypielęgnowaną trawę na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Był wtorek, jeden z tych zwykłych dni, gdy świat toczy się dalej, nieświadomy, że czyjś wszechświat właśnie się rozpadł.
Na samym końcu cmentarza, w części dla ubogich, przy hałasie trasy szybkiego ruchu, gdzie samochody huczały jak odległe morze, kończyła się skromna ceremonia. Była krótka i smutna. Nie było rzędów roztrzęsionych krewnych z chusteczkami w dłoniach. Nie było współpracowników stłoczonych pod czarnymi parasolami, wspierających się nawzajem. Nie było chóru śpiewającego pieśni o wiecznym spoczynku.
Była tylko prosta sosnowa trumna, najtańsza, jaką zapewniło miasto, i jedna drobna, drżąca postać klęcząca w błocie.
Miała na imię Zosia Nowak. Skończyła właśnie sześć lat.
Nosiła różowy płaszczyk przeciwdeszczowy, już trochę za mały, z rękawami podciągniętymi do przedramion, i tuliła plecak z wizerunkiem unikornego jednorożca. Te jaskrawe, dziecinne kolory wyglądały dziwnie i niepasująco na tle ciemnej, wilgotnej ziemi świeżego grobu.
Zosia była jedyną osobą żegnającą zmarłą.
W powietrzu unosił się zapach mokrego asfaltu i mdły, sztuczny aromat tanich lilii, które zakład pogrzebowy ofiarował z litości. Zosia nienawidziła tego zapachu. Pachniał jak szpital. Pachniał jak koniec.
Jej matka, Anna Nowak, była wojowniczką. Pracowała w barze „Pod Kogutem”, przytulnej, choć zniszczonej knajpce przy trasie S8, gdzie serwowano naleśniki o każdej porze i nie zadawano pytań. Anna harowała na podwójnych zmianach, jej stopy puchły w ortapedycznych butach, a ubranie przesiąkało zapachem syropu klonowego i przypalonej kawy. Miała uśmiech, który mógł rozbroić nawet największego złośnika, i cięty język, którym potrafiła uciszyć najbardziej pijanego klienta.
Ale uśmiech i błyskotliwość nie leczą raka jajnika w czwartym stadium. A napiwki nie pokrywają chemioterapii, gdy nie ma się ubezpieczenia.
Anna walczyła. Boże, jak walczyła. Nie dla siebie — swoje marzenia pogrzebała dawno temu — ale dla Zosi. Nie miała rodziny. Nie miała rodziców, do których mogłaby zadzwonić. Nie miała rodzeństwa, na którym mogłaby się oprzeć. Była dzieckiem z domu dziecka, które wyszło z systemu, ale postanowiło przerwać to błędne koło.
Gdy rak w końcu wygrał, zabrał ze sobą wszystko. Skromne oszczędności pochłonęły opłaty za leki. Mieszkanie straciła, bo nie mogła płacić czynszu. A teraz odeszła.
Zosia klęczała w błocie, czując, jak zimno przenika przez jej dżinsy. Nie płakała głośno. To było niemal gorsze. Po prostu wpatrywała się w trumnę, w której spoczywała jedyna osoba na świecie, która kiedykolwiek ją przytuliła.
Pamiętała ostatnie słowa matki, szepnięte w łóżku hospicyjnym, gdy jej skóra była już blada i pergaminowa. — Bądź dzielna, Zosieńko. Bądź dzielna. Ja cię nie opuszczam. Ja tylko… przechodzę do drugiego pokoju.
Ale ten pokój był zimny. I znajdował się pod ziemią.
Rozdział 2: Drżenie ziemi
Ksiądz Marek, człowiek, który odprawiał już zbyt wiele takich samotnych pogrzebów, poczuł znajome, lodowate ściśnięcie w żołądku. Poprawił okulary w drucianych oprawkach, krople deszczu rozmywając mu widzenie, i spojrzał na dziecko.
Nienawidził tej części najbardziej. Nienawidził jej bardziej niż przemówień, bardziej niż samych pochów. Nienawidził tego, co zostawało po tych, których nikt nie kochał.
— Zosiu? — zapytał łagodnie.
Dziewczynka się nie poruszyła. W dłoni trzymała kartkę papieru. Była przemoczona od deszczu, kolory się rozmyły, ale wciąż można było rozpoznać rysunek kredkami. Dwie postacie z patyków. Jedna duża, druga mała. I uśmiechnięte, żółte słońce.
— Zosieńko — próbował ponownie, podszedł bliżej, jego czarne buty chlupiąc w błocie. — Pogrzeb się skończył. Musimy już iść. Nie możesz tu zostać.
Zosia podniosła wzrok. Jej oczy były zaczerwienione, wypalone przez żal zbyt wielki jak na jej drobne ciało. Po policzkach spływały brudne smugi, gdzie ocierała łzy.
— Nie mogę jej zostawić — wyszeptała. Jej głos był ochrypły, złamany. — Ona bała się ciemności, księże. Powiedziała mi kiedyś. Nienawidziła ciemności. Muszę zaczekać, aż zaśnie.
Ksiądz poczuł, jak pęka mu serce. Spojrzał na dyrektora zakładu pogrzebowego, wysokiego, kościstego mężczyznę, który przy karawanie sprawdzał czas na zegarku. Dyrektor pokręcił smutno głową. Wskazał na nadgarstek. Czas iść.
A potem zrobił ten gest. Dłoń przy uchu. Zadzwoń.
Ksiądz Marek wiedział, co to znaczy. Nie było bliskiej rodziny. Nie było chrzestnych. Anna nie wpisała żadnych kontaktów w szpitalnych dokumentach. Właściciel mieszkania już zmienił zamki.
Następny krok był obowiązkowy. Był biurokratyczny. Był okrutny.
Musiał zadzwonić do opieki społecznej.
Musiał oddać tę sześcioletnią, pogrążoną w żałobie dziewczynkę systemowi. Znał procedury. Pracownik socjalny przyjedzie beżowym samochodem. Zabiorą różowy plecak. Umieszczą Zosię w przepełnionym domu zastępczym, pewnie tymczasowym. Będzie kolejnym numerem w aktach, zgubionym w tym samym systemie, który zawiódł jej matkę.
— Zosiu — powiedział ksiądz, jego głos lekko drżąc. Siegnął po telefon. — Muszę zadzwonić do osób, które ci pomogą. Dobrze? Mają ciepłe miejsce, gdzie będziesz mogła spać.
— Nie — odpowiedziała Zosia. Wstała, w jej oczach błysnął strach. Cofnęła się w stronę nagrobka, stając między księdzem a grobem matki. — Mama mówiła, że przyjdą przyjaciele. Obiecała. Powiedziała, że ma przyjaciół.
Ksiądz westchnął, przecierając dłonią twarz. — Skarbie, nikt nieI gdy ksiądz zamierzał już wybrać numer, nagle ucichł wiatr, a z oddali dobiegł głęboki, ryczący pomruk setek silników, zbliżających się nieubłaganie jak burza.



