Rozdział 1: Dziewczynka w Różowym Płaszczu
Deszcz wreszcie ustał, pozostawiając po sobie ciężkie, duszne szare niebo, które zdawało się przygniatać starannie przystrzyżoną trawę Cmentarza Powązkowskiego. Było to zwykłe wtorkowe popołudnie, dzień tak niepozorny, że świat nawet nie zauważył, jak rozpadł się cały czyjś wszechświat.
W najdalszym zakątku cmentarza, w sekcji dla najbiedniejszych, przy szumie alejki prowadzącej do ruchliwej ulicy, kończyła się jedna, skromna ceremonia. Była żałośnie krótka. Nie było rzędów płaczących krewnych z chusteczkami w dłoniach. Nie było kolegów z pracy tulących się pod czarnymi parasolami. Nie było chóru śpiewającego o niebieskich migdałach.
Była tylko drewniana trumna, najtańsza sosnowa, jaką oferował zakład pogrzebowy, i jedna maleńka postać klęcząca w błocie.
Miała na imię Zosia Kowalska. Skończyła sześć lat.
Nosiła różowy płaszczyk, już trochę za mały, z rękawami sięgającymi ledwie połowy przedramion, i tuliła plecak z nadrukiem jednorożca. Jaskrawe kolory jej rzeczy wyglądały dziwnie przeciwstawione ciemnej, mokrej ziemi świeżego grobu.
Zosia była jedyną osobą, która przyszła pożegnać mamę.
W powietrzu unosił się zapach mokrego asfaltu i mdły aromat tanich lilii, które zakład pogrzebowy podarował z lęku. Zosia nienawidziła tego zapachu. Pachniał jak szpital. Pachniał końcem.
Jej mama, Katarzyna Kowalska, była wojowniczką. Pracowała w barze „Pod Kogutem”, zajeździe przy trasie S8, gdzie podawano pierogi o każdej porze, a kelnerki nie zadawały pytań. Kasia wracała do domu po podwójnych zmianach, z opuchniętymi stopami w wygodnych butach, pachnąc barszczem i kawą z ekspresu. Miała uśmiech, który mógł rozbroić najbardziej wściekłego kierowcę ciężarówki, i cięty język, którym potrafiła przywołać do porządku pijanego gościa.
Ale uśmiech i dowcip nie leczą raka jajnika w czwartym stadium. A napiwki nie pokryją chemioterapii, gdy nie ma się ustawowego ubezpieczenia.
Kasia walczyła. Boże, jak walczyła. Nie dla siebie – dawno porzuciła własne marzenia – ale dla Zosi. Nie miała rodziny. Żadnych rodziców, którzy by zadzwonili. Żadnego rodzeństwa, na którym mogłaby się oprzeć. Była dzieckiem z domu dziecka, które wyszło z systemu, postanawiając przerwać ten krąg.
Gdy rak w końcu wygrał, zabrał wszystko. Oszczędności pochłonęły leki. Mieszkanie odebrali, gdy nie mogła płacić czynszu. A teraz Kasi już nie było.
Zosia klęczała w błocie, czując, jak zimno przesiąka przez jej dżinsy. Nie płakała głośno. To było prawie gorsze. Tylko patrzyła na trumnę, w której spoczywała jedyna osoba, która kiedykolwiek ją przytulała.
Pamiętała ostatnie słowa mamy, wyszeptane w szpitalnym łóżku, gdy jej skóra była już niemal przezroczysta. – Bądź dzielna, Zosiu. Bądź dzielna. Ja cię nie zostawiam. Tylko… wychodzę do drugiego pokoju.
Ale ten pokój był zimny. I był pod ziemią.
Rozdział 2: Grzmot Nadchodzącej Pomocy
Ksiądz Marek, który odprawiał już zbyt wiele takich samotnych pogrzebów, poczuł znajome ściśnięcie w żołądku. Poprawił okulary w drucianych oprawkach, woda na soczewkach rozmazała mu widok, i spojrzał na dziecko.
Nienawidził tej chwili. Nienawidził jej bardziej niż mowy pogrzebowej, bardziej niż samego pochówku. Nienawidził tego, co przychodziło po odejściu kogoś, kogo nikt nie kochał.
– Zosiu? – powiedział cicho.
Dziewczynka nie drgnęła. W dłoni ściskała kartkę papieru. Była mokra od deszczu, kolory się rozmyły, ale wciąż widać było rysunek kredkami. Dwie postacie. Jedna duża, druga mała. Uśmiechnięte żółte słońce.
– Zosiu, kochanie – spróbował ponownie, przysuwając się, jego czarne buty chlupiąc w błocie. – Ceremonia się skończyła. Musimy już iść. Nie możesz tu zostać.
Zosia uniosła wzrok. Jej oczy były zaczerwienione, wydrążone przez żal zbyt wielki dla tak małego ciała. Na policzkach miała smugi błota, gdzie otoczyła łzy.
– Nie mogę jej zostawić – wyszeptała. Głos miały zachrypnięty, złamany. – Boi się ciemności, księże. Powiedziała mi to raz. Nie znosi ciemności. Muszę poczekać, aż zaśnie.
Ksiądz poczuł, jak pęka mu serce. Spojrzał na pracownika zakładu pogrzebowego, wysokiego, wychudzonego mężczyznę, który sprawdzał zegarek przy karawanie. Tamten smutno pokręcił głową. Pokazał na nadgarstek. Czas kończyć.
A potem wykonał gest. Dotknął ucha. Zadzwoń.
Ksiądz Marek wiedział, co to znaczy. Nie było żadnej rodziny. Żadnych chrzestnych. Kasia nie podała żadnych kontaktów w szpitalnych dokumentach. Właściciel mieszkania już wymienił zamki.
Następny krok był obowiązkowy. Był biurokratyczny. Był okrutny.
Musiał zadzwonić do opieki społecznej.
Musiał oddać tę pogrążoną w żalu sześciolatkę w ręce państwa. Znał procedury. Pracownik socjalny przyjedzie beżowym samochodem. Zabiorą różowy plecak. Wepchną Zosię do przepełnionego domu zastępczego, pewnie tylko tymczasowo. Będzie numerem w aktach, zagubiona w systemie, który zawiódł już jej matkę.
– Zosiu – powiedział ksiądz, a głos mu zadrżał. Siegnął po telefon. – Muszę zadzwonić do ludzi, którzy ci pomogą. Dobrze? Mają dla ciebie ciepłe łóżko.
– Nie – odpowiedziała Zosia. Zerwała się na nogi, w oczach błysk paniki. Cofnęła się w stronę nagrobka, stając między księdzem a grobem mamy. – Mama mówiła, że przyjdą przyjaciele. Obiecała. Mówiła, że ma przyjaciół.
Ksiądz westchnął, przecierając twarz dłonią. – Skarbie, nikt nie przyjdzie. Minęła godzina. Jesteśmy tylko my.
Wyciągnął telefon. Wybrał numer. 0-800…
Miał już nacisnąć zieloną słuchawkę, gdy nagle poczuł to.
Najpierw pomyśI wtedy rozległ się głęboki pomruk silników, który wstrząsnął ziemią, a na cmentarną alejkę wjechała kolumna czarnych motocykli, prowadzonych przez mężczyznę o szerokich barach i siwej brodzie, który wysiadł z maszyny, podszedł do Zosi i rzekł: “Twoja matka była naszą siostrą, a ty od dziś jesteś naszą córką”.



