Samotne życie, a jednak sąsiedzi słyszą głosy w moim domu każdego popołudnia?5 min czytania.

Dzielić

Gdy wróciłem do domu w środę po południu, moja sąsiadka, pani Kowalska, stała na swoim ganku ze skrzyżowanymi ramionami, wyglądając na znacznie bardziej zirytowaną niż zwykle. „W twoim domu jest tak głośno w ciągu dnia, Marcinie”, poskarżyła się. „Ktoś tam wrzeszczy.”

„To niemożliwe”, odparłem, balansując torbami z zakupami. „Mieszkam sam i przez cały dzień jestem w pracy.”

Potrząsnęła energicznie głową. „No cóż, ktoś tam jest. Znowu słyszałam krzyki około południa. Męski głos. Pukałam, ale nikt nie otworzył.”

Jej upór mnie zaniepokoił, ale wymusiłem śmiech. „Pewnie telewizor. Zostawiam go włączony czasem, żeby odstraszyć włamywaczy.”

Gdy jednak wszedłem do środka, powietrze wydało się dziwnie nienaturalne—jakby dom wstrzymywał oddech. Odstawiłem zakupy i przeszedłem się od pokoju do pokoju. Wszystko było na swoim miejscu. Żadnych otwartych okien, śladów włamania, odcisków butów na podłodze. Nic nie zginęło. Przekonałem siebie, że sąsiadka po prostu coś źle usłyszała, i odsunąłem tę myśl.

Tej nocy ledwo spałem.

Następnego ranka, po półgodzinnym chodzeniu po kuchni nerwowymi krokami, podjąłem decyzję. Zadzwoniłem do szefa, powiedziałem, że źle się czuję, i zostałem w domu. O 7:45 otworzyłem bramę garażową, wysunąłem samochód na tyle, by sąsiedzi zauważyli, potem zgasiłem silnik i cicho wróciłem do środka. Wśliznąłem się bocznymi drzwiami, szybko przeszedłem do sypialni i wsunąłem pod łóżko, opuszczając kołdrę, by ukryć swoją obecność. Serce waliło mi tak głośno, że bałem się, iż mnie zdradzi.

Minuty wlekły się w godziny. W domu panowała cisza—gęsta i dławiąca. Około 11:20, gdy już zaczynałem wątpić w swoje zdrowie psychiczne, usłyszałem niezaprzeczalny dźwięk otwieranych drzwi wejściowych.

Powoli. Ostrożnie. Znajomo.

Kroki przesuwały się przez przedpokój z pewnością siebie kogoś, kto uważał, że ma tu prawo być. Lekkie drapanie butów po podłodze—rytm, który wydawał mi się znajomy, ale nie umiałem go umiejscowić. Wstrzymałem oddech.

Wtedy kroki weszły do mojej sypialni.

Męski głos—niski, zirytowany—mruknął: „Zawsze zostawiasz taki bałagan, Marcinie…”

Krew ścięła mi się w żyłach.

Znał moje imię.

A głos brzmiał niewiarygodnie znajomo.

Zamarłem, każdy mięsień zastygły w przerażeniu, gdy cień jego nóg poruszał się po pokoju—i zatrzymał tuż przy łóżku.

Leżałem pod łóżkiem, zmuszając się do milczenia, gdy kurz osiadał mi w gardle przy każdym płytkim oddechu. Mężczyzna w mojej sypialni poruszał się z niepokojącą pewnością siebie, otwierając szuflady i przestawiając przedmioty, jakby znał każdy centymetr tego miejsca. Jego głos—spokojny, ale poirytowany—próbował wywołać wspomnienie, którego nie mogłem uchwycić.

Szuflada komody zatrzasnęła się głośno, a on mruknął: „Zawsze chowasz rzeczy w różnych miejscach, Marcinie…”

Skóra mi ścierpła. Skąd wie, co robię?

Podszedł do szafy, otwierając drzwi. Wieszaki z ubraniami zadzwoniły cicho. Z mojego punktu widzenia pod łóżkiem widziałem tylko jego buty—brązowe skórzane, pomarszczone od lat użytkowania, ale niedawno wypastowane. To nie był spanikowany włamywacz. Nie spieszył się. Nie był ostrożny. Zachowywał się jak ktoś, kto wraca do domu po długiej nieobecności.

Musiałem go zrozumieć. Centymetr po centymetrze, przesunąłem się bliżej krawędzi łóżka, by poszerzyć pole widzenia. Sięgnął na górną półkę i złapał niebieskie pudełko, którego nie rozpoznawałem. Otworzył je, wyszeptał coś z akcentem, którego nie umiałem zidentyfikować, i kontynuował przeszukiwanie.

Wtedy mój telefon zadrżał w kieszeni.

Dźwięk był ledwo słyszalny, ale mógł być wybuchem. On natychmiast zastygł. Ja wstrzymałem oddech.

Powoli przykucnął. Jego buty obróciły się w stronę łóżka.

Wtedy jego palce ukazały się, zaciskając się na kołdrze, gdy podnosił ją, by zajrzeć pod spód.

Wytoczyłem się drugą stroną i poderwałem się na nogi. Rzucił się na mnie, przewracając lampę, gdy ja cofałem się w pośpiechu. Gdy się wyprostował, w końcu wyraźnie zobaczyłem jego twarz.

Przypominał mnie. Nie idealnie—miał szerszą szczękę, lekko krzywy nos, gęstsze włosy—ale podobieństwo było wystarczające, by ścisnęło mnie w żołądku. Spojrzał na mnie z dziwną mieszaniną irytacji i rezygnacji.

„Nie powinieneś tu być”, powiedział spokojnie.

„Kim jesteś?” warknąłem, chwytając lampę jak broń.

„Nazywam się Adrian”, odparł, unosząc ręce. „Nie planowałem, żebyś się dowiedział w ten sposób.”

„Co robisz w moim domu?”

„Mieszkałem tu. Tylko w dzień. Wychodzisz na długo. Nigdy nie zauważyłeś.”

Puls walił mi w skroniach. „Byłeś tu od miesięcy?”

„Tak”, przyznał cicho. „Nie chciałem cię skrzywdzić.”

„Włamałeś się do mojego domu!”

„Nie włamałem się.”

„Co to znaczy?”

Zawahał się, wzrok wędrując do przedpokoju. „Mam klucz.”

Przejął mnie zimny dreszcz. „Skąd masz klucz do mojego domu?”

Przełknął ślinę, a potem odpowiedział z druzgocącą prostotą. „Od twojego ojca.”

„Mój ojciec zmarł, gdy miałem dziewiętnaście lat”, powiedziałem, wciąż ściskając lampę.

Adrian skinął głową. „Wiem.”

„To jak on ci dał klucz?”

Westchnął ciężko i usiadł na łóżku, nie okazując ani śladu strachu. „Bo on był też moim ojcem.”

Przez chwilę słowa nie docierały. Wydawały się niemożliwe, jak element układanki, który nie pasował. Wpatrywałem się w niego, czekając na sarkazm albo oznaki obłędu. Ale jego wyraz twarzy pozostał niewzruszony.

„Kłamiesz”, powiedziałem stanowczo.

„Nie kłPo długim milczeniu Adrian wyciągnął z kieszeni stary, zniszczony list, który mój ojciec napisał dla nas obu, i w końcu zrozumiałem, że przez te wszystkie lata nie byłem jedynym, kto tęsknił.

Leave a Comment