Skromna matka pomagała płaczącemu chłopcu, nieświadoma, że obserwuje ją jego zamożny ojciec. „Nie płacz już, kochanie, wszystko będzie dobrze”, szepnęła Weronika, delikatnie gładząc mokrą twarz nieznajomego chłopca. „Jak masz na imię, syneczku?” – zapytała, a dwunastoletni Kacper wyjąkał swoje imię, drżąc pod ulewnym deszczem, który zalewał centrum Warszawy.
Weronika przytuliła mocniej swojego niemowlaka, Piotrusia, do piersi, a drugą ręką odpięła przemiękłą kurtkę, by okryć nią ramiona chłopca. Jej własne usta były sine z zimna, ale nie zawahała się ani na chwilę. „Gdzie są twoi rodzice, Kacperze?” – spytała łagodnie, osłaniając go własnym ciałem, gdy szukali schronienia pod daszkiem sklepu.
„Tata… Tata zawsze pracuje”, wykrztusił chłopiec. „Pokłóciłem się z kierowcą, Dominikiem, i wysiadłem z samochodu. Nie wiem, gdzie jestem.” Kilka metrów dalej, za przyciemnioną szybą czarnego BMW, Bartosz Nowak obserwował tę scenę ze ściśniętym gardłem.
Ostatnie pół godziny spędził, przemierzając ulice po rozpaczliwej wiadomości ze szkoły. Jego syn znów uciekł. Ale to, co zobaczył, odebrało mu mowę. Młoda kobieta, ubrana skromnie w znoszone ubrania, tuliła Kacperka tak, jakby był jej własnym dzieckiem. Niosła na ręku niemowlaka, który nie mógł mieć więcej niż pół roku, a jednak oddała jedyną ochronę przed deszczem obcemu chłopcu.
„Mam jeszcze trochę pierogów z obiadu”, powiedziała Weronika, wyjmując papierową torebkę z torby. „Są już trochę zimne, ale na pewno ci posmakują. Jesteś głodny?” Kacper skinął głową i drżącymi dłońmi przyjął jedzenie. Od lat nikt nie opiekował się nim z taką prostą, szczerą troską. „Pyszne”, mruknął z pełnymi ustami.
„Mama nigdy dla mnie nie gotowała.” Te słowa przeszyły Weronikę jak sztylet. Ten chłopiec, w drogim mundurku z prywatnej szkoły i markowych butach, zdawał się mieć całe pieniądze świata, ale brakowało mu tego, co najważniejsze. „Każda matka umie gotować w swoim sercu”, odparła, ocierając mu łzy rękawem.
„Czasem po prostu trzeba jej trochę pomóc, żaby o tym pamiętała.” Bartosz w końcu wysiadł z samochodu, czując, jak każdy krok sprawia mu ból, jakby stąpał po rozbitym szkle. Winą dusiło go w gardle. Kiedy ostatni raz tak pocieszał syna? Kiedy naprawdę go widział? „Kacper”, zawołał ochryple. Chłopiec podniósł głowę i znieruchomiał na widok ojca.
Weronika natychmiast wyczuła zmianę i spojrzała w kierunku głosu. Jej oczy spotkały się ze wzrokiem Bartosza Nowaka, i na ułamek sekundy świat stanął w miejscu. To był on – ten sam mężczyzna z okładek czasopism, najmłodszy i najbardziej wpływowy prezes w Polsce, bogaty wdowiec, o którym trąbiły wszystkie gazety biznesowe.
„O mój Boże”, szepnęła Weronika, cofając się o krok. „Jesteś tatą Kacperka?” – dokonał Bartosz, powoli się zbliżając. „A pani jest najżyczliwszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem.” Policzki Weroniki zapłonęły rumieńcem. Pewnie myślał, że jest jedną z tych kobiet, które czyhają na bogate dzieci. Szybko oddała chłopcu kurtkę i chciała odejść.
„Nie, nie, ja tylko… Pomagałam, bo płakał.” „Proszę, niech pani zaczeka”, powiedział Bartosz, wyciągając rękę. Lecz Weronika już się oddalała, mocniej przyciskając Piotrusia do siebie. Krople deszczu mieszały się z łzami, które zaczęły spływać po jej twarzy.
„Kacper, chodźmy”, mruknął Bartosz, ale syn ani drgnął. „Nie chcę iść”, odparł chłopiec, kurczowo trzymając się kurtki. „Ona się mną zaopiekowała, gdy byłem sam. Nikt tak o mnie nie dba.” Słowa Kacperka uderzyły Bartosza jak pięść w brzuch. Jego własny syn wolał obcą kobietę od niego. „Pani…”, zaczął ciszej.
„Nazywam się Bartosz Nowak i zawdzięczam pani przeprosiny.” „Przeprosiny?” – zdziwiła się Weronika. „Za to, że jestem takim ojcem, którego syn woli towarzystwo obcych.” Ciszę przerwał tylko szum deszczu o chodnik.
Weronika spojrzała na tego potężnego, a zarazem bezbronnego mężczyznę, potem na Kacpra, który wciąż zaciskał palce na kurtce, jakby była kotwicą. „Dzieci potrzebują tylko, żeby je widzieć”, powiedziała w końcu. „Żeby naprawdę ich słuchać.” Bartosz przytaknął, przełykając ślinę. Wiedział, że miała rację. Wiedział, że zawiódł. „Jak mogę się odwdzięczyć?”
Weronika pokręciła głową, poprawiając kocyk Piotrusia. „Nie musi mi pan nic.” „Nieprawda”, odparł Bartosz, patrząc jej prosto w oczy. „Nie każdy by tak zrobił. Pani oddała swoją kurtkę obcemu chłopcu, niosąc własne dziecko w deszczu. To nie jest zwyczajne. To niezwykłe.” Po raz pierwszy Weronika nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ten mężczyzna patrzył na nią, jakby była kimś wartościowym, kimś wyjątkowym.
Nikt nigdy nie patrzył na nią w ten sposób. „Muszę już iść”, wyszeptała. „Piotruś się przeziębi.” „Niech chociaż zawiozę was do domu”, zaproponował Bartosz. „To najmniej, co mogę zrobić.” Weronika spojrzała na niego nieufnie. Bogaci mężczyźni zawsze czegoś chcą w zamian. „Nie, dziękuję.”
„Możemy pojechać autobusem? Proszę”, błagał Kacper, chwytając ją za dłoń.



