Skromna matka pomagała płaczącemu chłopcu, tuląc jednocześnie swoje własne dziecko, nieświadoma, że obserwuje ją jego zamożny ojciec. „Nie płacz już, kochanie, wszystko dobrze” – szepnęła Bożena, ocierając mokrą twarz nieznajomego chłopca. „Jak masz na imię, mały?” – wyjąkał dwunastoletni Kacper, drżąc pod ulewnym deszczem, który zalewał ulice warszawskiego Śródmieścia.
Bożena przytuliła mocniej swoją córeczkę Zosię do piersi jedną ręką, drugą zaś zdjęła przemokniętą kurtkę, by okryć nią ramiona chłopca. Jej własne usta były sine z zimna, lecz nie zawahała się ani na chwilę. „Gdzie są twoi rodzice, Kacperze?” – zapytała łagodnie, zasłaniając go własnym ciałem, gdy szukali schronienia pod markizą sklepu.
„Tata… Tata zawsze pracuje” – wyszeptał chłopiec. „Pokłóciłem się z kierowcą, z Wojtkiem, i wysiadłem z samochodu. Nie wiem, gdzie jestem.” Kilka metrów dalej, za przyciemnioną szybą czarnego BMW, Rafał Kowalski obserwował tę scenę z uczuciem, jakby coś ściskało go za gardło.
Ostatnie pół godziny spędził, przeszukując ulice po desperackim telefonie ze szkoły. Jego syn znów uciekł. Lecz to, co zobaczył, odebrało mu mowę. Młoda kobieta, najwyraźniej uboga, sądząc po prostym i znoszonym ubraniu, pocieszała Kacpra, jakby był jej własnym dzieckiem. Niosła na rękach niemowlę, które nie mogło mieć więcej niż pół roku, a jednak oddała jedyną ochronę przed deszczem obcemu chłopcu.
„Mam tu jeszcze parę pierogów z obiadu” – powiedziała Bożena, wyjmując z torby papierową torebkę. „Trochę wystygły, ale na pewno ci posmakują. Jestes głodny?” Kacper przytaknął i wziął pieroga drżącymi dłońmi. Od lat nikt nie troszczył się o niego z taką prostą, szczerą czułością. „Pyszne” – mruknął z pełnymi ustami.
„Mama nigdy dla mnie nie gotowała.” Te słowa przeszyły Bożenę jak nóż. Ten chłopiec, w drogim mundurku z prywatnej szkoły i markowych butach, zdawał się mieć wszystkie pieniądze świata, a brakowało mu rzeczy najważniejszej. „Każda matka potrafi gotować w głębi serca” – odparła, ocierając łzy rękawem.
„Czasem tylko potrzebują małej podpowiedzi, by sobie o tym przypomnieć.” Rafał wysiadł powoli z auta, czując każdy krok, jakby stąpał po rozbitym szkle. Duszące poczucie winy było nie do zniesienia. Kiedy ostatnio tak pocieszał syna? Kiedy ostatnio naprawdę na niego spojrzał? „Kacper!” – zawołał ochrypłym głosem. Chłopiec podniósł głowę i na widok ojca zesztywniał.
Bożena natychmiast wyczuła zmianę i spojrzała w stronę, skąd dobiegł głos. Jej oczy spotkały się ze wzrokiem Rafała Kowalskiego i świat zatrzymał się na sekundę. To był on – ten człowiek z magazynów, najmłodszy i najbogatszy prezes w Polsce, wdowiec, o którym donosiły wszystkie tabloidy.
„O Boże…” – szepnęła Bożena, cofając się o krok. „Jesteś ojcem Kacpra” – dokończył Rafał, zbliżając się powoli. „A pani jest najżyczliwszą osobą, jaką spotkałem w życiu.” Bożena poczuła, jak palą ją policzki. Pewnie pomyślał, że jest jedną z tych kobiet, które czyhają na bogate dzieci. Szybko oddała Kacprowi kurtkę i chciała odejść.
„Nie, nie, ja tylko… Pomogłam, bo płakał.” „Proszę, niech pani zaczeka” – powiedział Rafał, wyciągając dłoń. Ale Bożena już się oddalała, tuląc Zosię mocniej do siebie. Krople deszczu mieszały się z łzami, które zaczęły spływać po jej twarzy.
„Kacper, chodź” – mruknął Rafał, lecz syn nie drgnął. „Nie chcę” – odparł chłopiec, zaciskając palce na kurtce, którą wciąż miał na sobie. „Ona się o mnie zatroszczyła, kiedy byłem sam. Nikt tak o mnie nie dba.” Słowa Kacpera uderzyły RafałaRafał w milczeniu wyciągnął rękę do Bożeny, a w jego oczach, po raz pierwszy od lat, pojawiło się coś więcej niż zimna determinacja – autentyczna nadzieja na to, że może jeszcze naprawić to, co zniszczył.



