Ślepy miliardowy syn odzyskał wzrok w leśnej chacie — strażnicy się z niej śmiali, ale rok później luksusowy samochód znów zajechał na naszą wiejską drogę3 min czytania.

Dzielić

Październikowe powietrze w Bieszczadach ma w sobie coś, co przenika aż do szpiku kości.

To nie jest zwykły chłód — to wilgoć i ostrość, niosąca zapach żywicy, butwiejącego świerku i nadchodzącej śnieżycy. To pierwsze, co pamiętam z tamtego wtorku. Drugie to cisza.

Nazywam się Ania Kowalska. Mieszkam z babcią, Marią Kowalską, w drewnianej chacie, która jest w naszej rodzinie od czasów, gdy w latach 20. wycinaliśmy tu las. Jesteśmy tak głęboko w dziczy, że zasięg telefonu kończy się kilometry przed nami.

Żyjemy bez prądu — uprawiamy własne warzywa, rąbiemy drewno i leczymy się ziołami. Babcia jest zielarką, do której ludzie przychodzą, gdy szpitale wydają się zbyt sterylne i pośpieszne.

Tamtego dnia nie spodziewałam się nikogo. Sprawdzałam sidła nad potokiem.

Las był nienaturalnie cichy. Nie spokojny — czujny. Nawet ptaki zamilkły. Wyjęłam nóż z pochwy, gotowa na wszystko.

Zapach potoku dotarł do mnie, zanim go zobaczyłam. A potem ujrzałam go.

Chłopiec stał na śliskich kamieniach przy wodzie, miał nie więcej niż dziesięć lat i wyglądał, jakby spadł z nieba. Miał na sobie czarną designerską kurtkę wartą więcej niż nasza stara nyska, a buty z prawdziwej skóry tonęły w błocie. Jego skóra była blada, włosy przyklejone do czoła zimnym potem.

Ale najbardziej poruszyły mnie jego oczy.

Były szeroko otwarte, wpatrzone w drzewa, puste. Jakby ktoś odciął prąd.

— Hej! — zawołałam. — Słyszysz mnie?

Nic.

Podeszłam bliżej, pomachałam mu przed oczami. Żadnej reakcji. Drżał jak osika, usta sine z zimna.

— Zamarzasz — szepnęłam.

Gdy dotknęłam jego dłoni, była zimna jak lód. Rozejrzałam się — żadnych rodziców, turystów, samochodów. Tylko dzicz.

— Zabiorę cię do domu — powiedziałam. — Nazywam się Ania. Pomogę ci.

Wzdrygnął się gwałtownie, ale się nie opierał. Musiałam prowadzić go jak automat, niemal niosąc pod górę.

Gdy wpadłam do chaty, babcia odwróciła się od kuchni.

— Ania… kto to?

— Znalazłam go nad potokiem. Ma hipotermię. I babciu… chyba nic nie widzi.

Nie zadawała pytań. — Rozbierz go. Przygotuję nalewki.

Zdjęliśmy przemoknięte, absurdalnie drogie ubrania. Pod spodem był tylko wątłym, drżącym dzieckiem. Owinęliśmy go w grubą wełnianą kołdrę i posadziliśmy przy piecu.

Babcia zbadała jego oczy przy świetle lampy. — Oczy działają — szepnęła. — To umysł je wyłączył. Ślepota pourazowa.

Dreszcz, który mnie przeszedł, nie miał nic wspólnego z pogodą.

Przez dni nie odezwał się ani słowem. Jadł tylko, gdy podawałam mu rosół. Zasypiał, gdy nuciłam stare piosenki.

Znaleźliśmy imię wyszyte na metce: Olek.

Czwartej nocy rozpętała się burza. Wiatr wył wokół chaty.

Wtedy Olek też zaczął krzyczeć.

— NIE! NIE PATRZ! MAMO, NIE PATRZ!

Złapałam go, zanim zrobił sobie krzywdę. Babcia podała mu olejki uspokajające.

Zapadł mi w ramiona, łkając. I wtedy… spojrzał.

— Samochód — wyszeptał. — Zjechał z drogi. Mama przestała krzyczeć.

Nie oślepł. Po prostu zobaczył za dużo.

Szóstego dnia jadł już gulasz, pomagał układać drewno, dotykał wszystkiego, jakby odkrywał świat na nowo. Raz się zaśmiał, gdy kot gonił ćmę.

Wiedzieliśmy, że trzeba wezwać pomoc, ale burza zniszczyła łączność i odcięła drogi.

A potem przyszły śmigłowce.

Czarne terenówki wjechały na polanę. Wysiedli mężczyźni w garniturach. Ochroniarze.

Babcia stanęła na ganku z dubeltówką. — To prywatna ziemia!

Wysoki mężczyzna wysunął się naprzód — Jan Nowak. Te same ciemne włosy co Oleka. Ten sam ostry podbródek. Jego oczy były zimne.

— Olek — warknął.

Chłopiec zesztywniał. Światło w jego oczach zgasło.

— To jego ojciec — oznajmił jeden z ochroniarzy.

— ZamPo chwili milczy Jan Nowak wyciągnął ręce i powiedział cicho: “Proszę, pomóżcie mi być dla niego tatą, jakiego potrzebuje”.

Leave a Comment