Klaudia Kowalska miała kurz w płucach i płyn do mycia cytrynowy na dłoniach przez większość dni swojego życia, ale nigdy jej to nie przeszkadzało.
Rezydencja Nowaków stała na wzgórzu w podwarszawskim Konstancinie, czterdzieści minut od centrum stolicy – świat zupełnie inny. Wysokie żywopłoty, żelazne bramy, białe kolumny. Takie miejsce, na które ludzie tylko zerkały, przejeżdżając obok samochodem.
Klaudia przemierzała tę podjazdową aleję od jedenastu lat.
Znała każde skrzypnięcie podłogi, każdą plamę na szklanych drzwiach, każdą trudną do usunięcia smużkę na białym marmurze w holu. Wiedziała, które żarówki migają i które krany przeciekają. Wiedziała, że jeśli nie zakręci się dokładnie kranu w gościnnym łazience na parterze, woda będzie lała się całą noc.
Ale przede wszystkim znała ludzi.
Adam Nowak, czterdziestotrzyletni inwestor technologiczny, noszący uśmiech wart miliony, gdy tylko sobie o nim przypomniał. Wdowiec od trzech lat, z przyzwyczajenia wciąż noszący obrączkę.
Jego syn, siedmioletni Janek, bardziej dinozaur niż chłopiec – codzienność pełna łokci, pytań i nagłych uścisków.
I Magdalena.
Matka Adama.
Matrona.
Królowa domu, choć teoretycznie tu nie mieszkała (miała apartament w centrum miasta), ale bywała tu tak często, że Klaudia czasem zapominała, który adres był oficjalnie jej.
Magdalena Nowak była z tych kobiet, które zauważą, gdy ktoś przesunie wazon o trzy centymetry w lewo.
Nosiła perły w kuchni i piła kawę, jakby ta ją osobiście obraziła.
Klaudia ją szanowała.
I trochę się jej bała.
Wszystko zmieniło się we wtorkowy poranek.
Klaudia przyszła, jak zawsze, o 7:30. Wrześniowe powietrze było na tyle chłodne, że jeszcze mocniej otuliła się w swój sweter, idąc od przystanku długą aleją.
W środku rezydencja była cicha. Wejście dla personelu prowadziło do holu, a stamtąd do kuchni – ogromnej, lśniącej przestrzeni z marmurowymi blatami i sprzętami ze stali nierdzewnej, które Klaudia czyściła cztery razy dziennie.
Zawiesiła płaszcz w małej szafce dla pracowników, założyła kapcie, spięła włosy i spojrzała na odręczną listę leżącą na blacie.
Listę Magdaleny.
Każdego dnia nową.
WTOREK:
Wypolerować srebra w jadalni
Zebrać pościel z pokoju gościnnego (niebieska sypialnia)
Dokładne sprzątanie łazienki na górze
Śniadanie 8:00 – owsianka, owoce, kawa (bez cukru)
Klaudia się uśmiechnęła.
Lubiła listy.
Sprawiały, że wszystko wydawało się możliwe do ogarnięcia.
Postawiła kawę (mocną, czarną, zawsze dwie filiżanki gotowe dla Magdaleny dokładnie o 8:05) i zaczęła przygotowywać śniadanie.
O 7:50 usłyszała kroki na schodach. Głos Janka odezwał się z góry.
„Klaaaudia, są gofry?”
„Dziś nie” – odparła, otwierając garnek z owsianką. „Owsianka z owocami. Bardzo zdrowe.”
Pojawił się w drzwiach w piżamie z dinozaurami, z rozczochranymi włosami i przecierającymi się oczami.
„Zdrowe to nudne” – jęknął, wdrapując się na stołek. „Są chociaż maliny?”
„Są” – odparła, stawiając przed nim miseczkę. „A jeśli je zjesz, będziesz silny jak tyranozaur.”
Zmrużył oczy. „Tyranozaur nie jadł owoców.”
„No to silny jak… stegozaur” – poprawiła się.
„Stegozaury jadły rośliny” – przyznał, sięgając po łyżkę. „Dobra. Lubię stegozaury.”
Nalała mu soku pomarańczowego i postawiła filiżankę kawy na blacie, dokładnie tam, gdzie Magdalena lubiła.
I dokładnie w odpowiednim momencie rozległo się stukanie obcasów w korytarzu.
„Dzień dobry” – zawołała Klaudia.
Magdalena weszła do kuchni w kremowej bluzce i dopasowanych spodniach, z nienagannym makijażem i włosami upiętymi w eleganckiego koka. Rzuciła okiem na blat, wzięła kawę, nie patrząc na Klaudię, i pociągnęła łyk.
„Za gorąca” – stwierdziła, odstawiając filiżankę.
„Przepraszam, pani Nowak” – odpowiedziała szybko Klaudia. „Następnym razem zostawię do ostygnięcia.”
Magdalena mruknęła coś niewyraźnie.
Jej wzrok przeleciał po kuchni, jakby robiąc inwentarz, po czym zatrzymał się na chwilę na wnuku.
„Rozlewasz owsiankę” – oznajmiła.
Janek zastygł z łyżką w połowie drogi do ust i spojrzał na koszulkę.
Nie rozlewał.
„Babciu” – powiedział cierpliwie. „Nie ma owsianki.”
„Będzie” – odparła. „Nie garb się.”
Wzięła kolejny łyk kawy i odwróciła się do wyjścia.
„Adam pracuje zdalnie dzisiaj” – rzuciła przez ramię. „Popołudniem są goście. Inwestorzy” – jej ton sugerował, że nie była pod wrażeniem. „Dom ma być idealny. Jak zawsze.”
„Tak, proszę pani” – odparła Klaudia.
Dopiero koło południa Klaudia zauważyła, że drzwi do gabinetu z biżuterią są otwarte.
Większość ludzi nie miała pojęcia, że w domu Nowaków jest taki pokój. Nie był uwzględniany w oficjalnym oprowadzaniu gości przez Magdalenę. Ukryty za gabinetem na piętrze, mała przestrzeń z klimatyzowaną gablotą i sejfem w ścianie.
Tam mieszkały rodzinne relikwie.
Stare pieniądze, stare diamenty, stare złoto.
Klaudia miała tylko kurz.
Dziś miała wpisane w swojej liście: tylko lekko przetrzeć, nic poważnego.
Gdy przechodziła obok gabinetu w drodze do pralni, zauważyła uchylone drzwi.
Dziwne, pomyślała.
Magdalena zawsze trzymała je zamknięte.
Klaudia zawahała się, potem uchyliła je jeszcze bardziej.
Gablota była zamknięta, sejf zasłonięty panelem, wszystko wydawało się na swoim miejscu. Mimo to poczuła, jak włosy stają jej dęba na karku.
Weszła, przetarła półki delikatną ściereczką, uważając, byPo kilku godzinach, gdy odkurzała korytarz na górze, usłyszała nagle krzyki – to Magdalena wrzeszczała, że zginęła rodzinna broszka z szafirkiem, a Klaudia stała z ręką na sercu, wiedząc, że właśnie zaczyna się walka o jej dobre imię.



