Była prawie druga w nocy w starym dworku na obrzeżach miasta, gdy ciszę rozdarł przeszywający krzyk. Ostry, pełen desperacji dźwięk rozniósł się po korytarzach, odbijając się od ścian i mrożąc krew w żyłach nielicznym służącym, którzy jeszcze nie spali. Po raz kolejny dobiegał z pokoju Tadeusza.
Tadeusz miał zaledwie sześć lat, ale jego oczy nosiły ślady zmęczenia daleko wykraczającego poza jego wiek. Tej nocy—jak tyle innych—walczył z uściskiem ojca. Jan, wyczerpany biznesmen w pomiętym garniturze, z ciemnymi cieniami pod oczami, trzymał syna za ramiona, jego cierpliwość dawno się skończyła.
“Dosyć, Tadeusz,” warknął ochryple. “Śpisz w swoim łóżku jak każde normalne dziecko. Ja też potrzebuję odpoczynku.”
Szarpnął chłopca i przycisnął jego głowę do jedwabnej poduszki ułożonej na łóżku. Dla Jana była to tylko droga poduszka—kolejny symbol sukcesu, na który tak ciężko pracował.
Ale dla Tadeusza była to coś zupełnie innego.
Gdy tylko jego głowa dotknęła poduszki, ciało chłopca wygięło się, jakby rażone prądem. Z gardła wydarł mu się krzyk—nie z kaprysu, nie z buntu, lecz z czystego bólu. Rękami rozpaczliwie próbował unieść głowę, podczas gdy łzy spływały po jego zaczerwienionej twarzy.
“Nie, tato! Proszę! To boli! To boli!”—szlochał.
Jan, zaślepiony zmęczeniem i czyimś wpływem, widział tylko nieposłuszeństwo.
“Przestań się przesadzać,” mruknął. “Zawsze ta sama drama.”
Zamknął drzwi na klucz od zewnątrz i odszedł, przekonany, że wymusza dyscyplinę—nie zauważywszy cichej postaci, która wszystko widziała.
W cieniu stała Katarzyna.
Katarzyna była nową nianią, choć wszyscy mówili do niej “Pani Kasia”. Siwe włosy upięte w prosty kok, dłonie zniszczone latami pracy i oczy, które niczego nie przeoczyły. Nie miała dyplomów, nie miała biura—ale znała dziecięce płacze lepiej niż niejeden specjalista. A to, co właśnie usłyszała, nie był płacz rozpieszczonego dziecka. To był krzyk kogoś, komu zadawano ból.
Od przybycia do dworku Katarzyna zauważyła rzeczy, które inni ignorowali. Za dnia Tadeusz był łagodny i słodki. Kochał rysować dinozaury i chować się za firankami, by potem przestraszyć ją cichym śmiechem. Ale gdy nadchodził wieczór, ogarniał go strach. Kurczowo trzymał się futryn, błagał, by nie iść do swojego pokoju, próbował zasnąć byle gdzie—na kanapie, dywanie w korytarzu, nawet na twardym kuchennym krześle.
Niektóre ranki miał zaczerwienione policzki, podrażnione uszy, drobne ślady na skórze. Weronika, narzeczona Jana, zawsze miała gotowe wyjaśnienie.
“Pewnie alergia na tkaninę,” mówiła łagodnie. “Albo drapie się przez sen.”
Mówiła to tak przekonująco, że wątpliwości znikały—u wszystkich oprócz Katarzyny.
Weronika była nieskazitelna na zewnątrz: piękność jak z magazynu, idealne ubrania, wyćwiczone uśmiechy. Ale Katarzyna zauważyła jej niecierpliwość, gdy Tadeusz mówił, irytację, gdy szukał czułości, chłód, gdy Jan przytulał syna. Dla Weroniki Tadeusz nie był dzieckiem—był przeszkodą.
Tej nocy, gdy stłumione szlochy dobiegały przez zamknięte drzwi, coś w Katarzynie pękło. Nie znała jeszcze przyczyny—ale wiedziała, że strach Tadeusza był prawdziwy.
Gdy dom wreszcie zapadł w sen, Katarzyna działała.
Czekała, aż światła zgasną, kroki ucichną, a dwór wtulił się w nocne skrzypienia. Potem wyjęła z fartuszka małą latarkę i ruszyła do pokoju Tadeusza, z sercem bijącym jak młot. KluczOtworzyła drzwi i stanęła w progu, gotowa stawić czoła prawdzie, która mogła już dłużej czekać.



