Milionarz postanawia pójść za synem swojej sprzątaczki… i odkrywa szokującą prawdę!
Milionarz decyduje się podążyć za synem sprzątaczki, a to, co odkrywa, wyciska mu łzy z oczu. Arkadiusz Nowak miał 45 lat, starannie uczesane do tyłu włosy i poważny wyraz twarzy, który nigdy go nie opuszczał. Mieszkał sam w ogromnym domu na południu miasta, z szklanymi oknami, designerskimi meblami i basenem, z którego prawie nigdy nie korzystał. Był właścicielem firmy architektonicznej zatrudniającej ponad 200 osób. Miał trzy luksusowe samochody, dwa bardzo drogie zegarki i życie, które z zewnątrz wyglądało na idealne. Prawda była jednak taka, że Arkadiusz nie miał przy sobie nikogo, z kim mógłby je dzielić. Czasami siedział i wpatrywał się w swoją kolację bez apetytu, myśląc tylko o tym, że nic już go nie ekscytuje. Wszystko już osiągnął, ale nic już nie czuł.
Każdego ranka rutyna wyglądała tak samo. Budził się o szóstej, pił kawę bez cukru, sprawdzał maile i schodził do jadalni, gdzie czekało na niego śniadanie przygotowane przez kucharzy. Nie mówił wiele, tylko kiwał głową, gdy coś mu smakowało, lub unosił brew, gdy coś mu nie odpowiadało. Wśród osób pracujących w jego domu była kobieta, która od trzech lat zajmowała się sprzątaniem. Nazywała się Bożena, chociaż wszyscy mówili na nią Bożenka. Miała 38 lat. Zawsze przychodziła z włosami związanymi, w czystym, choć już nieco zużytym ubraniu, i z poważnym, ale życzliwym wyrazem twarzy. Nigdy nie mówiła więcej niż trzeba. Swoją pracę wykonywała szybko i nikomu nie przeszkadzała. Bożenka miała osiemnastoletniego syna, który codziennie przychodził po nią o trzeciej po południu. Nazywał się Krzysztof i był szczupłym, jasnookim chłopakiem o spokojnym spojrzeniu, z starą torbą przewieszoną przez ramię. Nikt nie zwracał na niego większej uwagi. Wchodził tylnymi drzwiami, cicho witał się z personełem i siadał, aby czekać na swoją mamę w pomieszczeniu dla służby. Czasami pomagał zamieść podwórze lub posegregować worki na śmieci. Nigdy niczego nie prosił, zawsze czekał cierpliwie.
Pewnego dnia, gdy Arkadiusz schodził po schodach, rozmawiając przez telefon, zobaczył go. Krzysztof wkładał do swojej torby kilka pojemników na żywność, pomagając swojej mamie. Było ich w sumie pięć. Bożenka mówiła do niego cicho, ale stanowczo. Kazała mu dobrze zabezpieczyć torbę, żeby się nie otworzyła. Skinął głową. Gdy Bożenka skończyła zmianę, wyszli razem. Arkadiusz nic nie powiedział, ale obraz ten utkwił mu w głowie.
Minęło kilka dni i szef zaczął zauważać, że zawsze o tej samej porze Bożenka odkładała jedzenie, które zostało z obiadu dla personelu i jego samego. Robiła to ostrożnie, bez marnowania, nie biorąc niczego extra. Później wkładała je do torby swojego syna. Nikt nic nie mówił, ale Arkadiusz to zauważył i wzbudziło to w nim dziwną ciekawość.
Pewnego popołudnia Arkadiusz miał odwołane spotkanie i nie wiedział, co zrobić z czasem. Wyjrzał przez okno i zobaczył, jak Krzysztof wychodzi z domu ze swoją torbą. Coś w nim wzbudziło jego ciekawość. Nie wiedział dlaczego, ale zszedł na parking, wsiadł do swojego samochodu i zaczął za nim jechać. Zachowywał dystans. Widział, jak Krzysztof idzie spokojnie, nie oglądając się za siebie. Szedł chodnikiem pewnym krokiem, jak ktoś, kto bardzo dobrze wie, dokąd zmierza. Skręcił za róg, przeszedł przez aleję i wszedł w bardziej zaniedbaną część miasta. Arkadiusz zwolnił, podążał za nim, aż młodzieniec zatrzymał się pod wiaduktem. Siedziało tam na ziemi około sześciu osób z kocami, plastikowymi torbami i butelkami wody. To, co zobaczył, oniemiał go. Krzysztof wyjął ze swojej torby pięć pojemników, po jednym, i rozdał je tym ludziom. To nie było zwykłe rozdawanie. Schylał się, patrzył im w oczy, pytał, jak się mają. Jeden z mężczyzn wstał i przytulił go. Jedna z kobiet pogładziła go po twarzy. Chłopak w jego wieku poczęstował go swoją jedyną colą. Krzysztof się uśmiechał. Widać było, że nie robił tego pierwszy raz. Arkadiusz obserwował to wszystko ze swojego samochodu. Nigdy nie widział czegoś takiego z bliska. To nie był akt charytatywny, to było coś innego. Był tam szacunek, była rutyna, była serdeczność. Krzysztof nie szukał oklasków, nie miał przy sobie telefonu, nic nie nagrywał, po prostu tam był, jakby to była część jego dnia.
Tej nocy Arkadiusz nie mógł spać. Myślał o swojej własnej młodości, o tym, jak wszystko, co ma, zdobył ciężką pracą, tak, ale też z pewną dozą chłodu. Zawsze wierzył, że życie toczy się po to, by rywalizować, by iść do góry, by wygrywać. Ale ten chłopak ze swoją starą torbą zrobił więcej dla sześciu osób w 20 minut, niż on zrobił przez lata.
Następnego dnia powtórzył swój wyczyn. Znów go śledził, ta sama trasa, ten sam wiadukt, te same pojemniki. I znowu ta sama cierpliwość, bez pośpiechu, bez widowiska, z tym samym szacunkiem. W ciągu tygodnia Arkadiusz nie powiedział ani słowa o tym, co widział. Zostawał tylko dłużej w domu, aby móc wyjść dokładnie wtedy, gdy Krzysztof się oddalał. Z każdym dniem utwierdzał się w przekonaniu, że to nie był przypadek. Ten młodzieniec nie robił tego dla mamy ani z obowiązku. Robił to, bo chciał.
Pewnego piątkowego popołudnia, będąc w swoim domowym biurze, Arkadiusz wezwał jednego ze swoich asystentów i poprosił o komplet teczki osobowej Bożeny, nie przez plotki, ale ponieważ potrzebował zrozumieć, kim była ta kobieta, która wychowała Krzysztofa. Przeglądając papiery, dowiedział się, że była wdową od ponad 15 lat, że nigdy nie opuściła dnia pracy, że zawsze przychodziła wcześnie, że nigdy nie prosiła o zaliczkę. Mieszkała w małym mieszkaniu w spokojnej dzielnicy. Zmieniała pracę trzy razy, zanim do niego trafiła, i we wszystkich miejscach opisywano ją jako pracowitą, zdystansowaną i godną zaufania. Zamknął teczkę, nie mówiąc nic. Potem zsZamknął oczy, a gdy je otworzył, podszedł do drzwi i poprosił ich oboje, by tego dnia wrócili do domu jego samochodem.



