**Dziennik**
Głos przeciął marmurowe korytarze rezydencji Kowalskich. Brzmiał jak ostry liść rozdzierający ciszę. Marek Kowalski, potentat nieruchomości, upuścił wszystko. Był człowiekiem, którego się bano, zdolnym przechylić rynki jednym telefonem. Ale teraz był tylko przerażonym ojcem, biegnącym do pokoju swojego syna.
Michaś, jego sześcioletni chłopiec, skulił się na ogromnym łóżku. Małe palce zaciskały się na brzuchu z rozpaczliwą siłą. Jego twarz była mokra od łez, a ciało drżało bez kontroli. Krzyki były surowe, ledwo z oddechem. To był już piąty atak w dwa tygodnie. Piąty raz Marek stał bezradnie, patrząc, jak jego syn się męczy.
Najlepsi specjaliści w mieście zrobili mu badania: tomografię, USG, morfologię. Wszystkie wyniki były idealne. Nic nie tłumaczyło bólu. Ale cierpienie było niewątpliwie prawdziwe. Łkania Michaśa wbijały się w pierść Marka jak młoty.
Nianie nie wytrzymywały długo. Niektóre uciekały już po pierwszej nocy, szepcząc o cieniach w domu. Inne odchodziły, strawione strachem. Teraz kolejna trzęsła się w drzwiach, niezdolna ukryć paniki, gdy Michaś znów krzyczał. Marek próbował go uspokoić. Milioner, któremu świat leżał u stóp, bezsilny wobec tego, co dręczyło jego dziecko.
Dałby każdą transakcję, każdy luksus, każdy grosz, by ulżyć synowi choć na minutę. Ale nic nie działało. Nie wiedział jeszcze, że ratunek nie przyjdzie od lekarza. Przyjdzie od cichej kobiety o imieniu Zosia Nowak.
Marek nie spał od dwóch dni, gdy oznajmiono mu nową kandydatkę. Była siódmą nianią w trzy miesiące. Zszedł po szerokich schodach, spodziewając się kolejnej zalęknionej kobiety gotowej zrezygnować. Ale gdy dotarł do holu, zamarł.
Przy drzwiach stała Zosia Nowak. Wysoka, o spokojnych oczach koloru ciepłej ziemi. Ubrana skromnie: ciemne jeansy i bluzka w kremowym kolorze. Ale było w niej coś niespotykanego w tym świecie marmurów i strachu – pewność siebie. Gdy podała mu dłoń, uścisk był mocny i ciepły.
– Jestem tu z powodu tej pracy.
Powiedziała to bez nerwów, bez przeprosin, z absolutną pewnością. Marek przejrzał jej CV. Pięć lat w pediatrii, dwa lata opieki nad dziećmi z zamożnych rodzin. Nienaganne referencje.
– Zbyt idealne. Dlaczego odeszłaś ze szpitala? – spytał.
Przez jej twarz przemknął cień, szybki i nieczytelny.
– Powody osobiste.
Spójrzała na niego z odwagą, do której nie był przyzwyczajony.
– Wolę pracować bezpośrednio z dziećmi.
Zrobiła pauzę, dodała:
– Ból pańskiego syna mnie nie przeraża, panie Kowalski. Widziałam rzeczy, których lekarze nie zawsze potrafią wyjaśnić.
Słowa uderzyły go jak zimny wiatr. „Zabobony”, pomyślał. Już miał ją odprawić, gdy nagle Michaś krzyknął na górze – ostry, pełen bólu. Coś w Marku pękło.
– Dobrze – wyszeptał. – Chodź ze mną.
Bez wahania poszła za nim. Gdy weszła do pokoju Michaśa, jej twarz złagodniała. Uklękła przy drżącym chłopcu z nieskończoną czułością. To był wzrok kogoś, kto sam nosił w sobie ból i rozpoznawał go w innych.
Nawet Marek to poczuł – ta kobieta była inna.
Oddech Michaśa był płytki, małe ciało drżało pod bawełnianą pościelą. Zosia uniosła dłonie nad jego brzuchem, nie dotykając jeszcze, tylko wyczuwając. Marek stał w nogach łóżka, rozdarty między rozpaczą a podejrzliwością.
– Jego ból zawsze zaczyna się tutaj, prawda? – spytała cicho.
– Tak – odpowiedział ochrypłym głosem. – I potem tylko się nasila.
Delikatnie przycisnęła opuszki palców wokół pępka chłopca. Powoli, ostrożnie, profesjonalnie. Michaś jęknął, potem wstrzymał oddech, gdy jej palce zatrzymały się w jednym punkcie. Otworzył oczy, szerokie z przerażenia.
– Tutaj – szepnęła. – Coś tu jest nie tak.
Serce Marka zabiło mocniej. Badania nic nie wykazały, bo nie wiedzieli, czego szukać. Pewność Zosi przeszyła go dreszczem.
Michaś nagle chwycił jej nadgarstek, wydając cichy krzyk. Zosia zniżyła głos, czyniąc go miękką kołysanką:
– Cicho, cicho, oddychaj ze mną. Jesteś bezpieczny, kochanie. Jestem przy tobie.
I stał się cud – Michaś to zrobił. Jego płacz ucichł, napięte mięśnie rozluźniły się pod jej dotykiem. Marek patrzył, oszołomiony. Przez tygodnie żadne leki nie ukoiły syna, a ta obca kobieta zdołała to zrobić w minutę.
Gdy Michaś w końcu zapadł w wyczerpany sen, Zosia wstała. W jej oczach nie było strachu, tylko determinacja.
– Panie Kowalski – powiedziała cicho. – Nie będę pana okłamywać.
Zawahała się, patrząc mu prosto w oczy.
– To nie jest zwykły ból. Pana syn potrzebuje pomocy, której żaden szpital nie da.
Marek przełknął ślinę.
– Co pani mówi?
– Mówię, że Michaś nie jest po prostu chory. Jest atakowany.
Pokój zdawał się przechylać. Powietrze zgęstniało.
– Atakowany? – powtórzył, jakby ważąc każde słowo.
Zosia nie mrugnęła.
– Jest w nim coś – rzekła. – Coś, co zostało tam umieszczone celowo.
Jej głos nie brzmiał dramatycznie, tylko pewnie, niszcząco.
Marek potrząsnął głową.
– To niemożliwe. Michaś jest zawsze przy mnie albo przy personelu.
– Zaufanie – przerwała łagodnie – to właśnie, jak takie rzeczy się dzieją.
Słowa wbiły się głębiej niż oskarżenie. Marek opadł na skraj łóżka, pocierając skronie. Prawda uderzała falami, na które nie był gotowy. Pół roku cierpienia.
A myśl, że ktoś zrobił to jego synowi celowo, wywołała w nim falę wściekłości.
Zosia podeszła bliżej.
– Nie wiem jeszcze, co to za przedmiot – ciągnęła. – Ale się porusza.
Marek podniósł wzrok.
– Za każdym razem, gdy je, gdy pije, przemieszcza się. Dlatego lekarze go nie widzieli.
Jej oczy złagodniały.
– I dlZosia wyciągnęła dłonie nad śpiącym Michaśem, a w powietrzu zawisła cicha obietnica, że żadna ciemność nie zabierze już jego dziecięcego śmiechu.



